Krajobraz nie tyle nieciekawy, co jednostajny. Pola złocą się dojrzewającym zbożem, daleki horyzont płaski, łamany linią granatową sosnowych lasów. Wspaniałe powietrze, balsamiczny oddech zbóż, cisza poranka przechodząca powoli w rozgwar rozbawionej słońcem i ciepłem natury. Koniec czerwca — śliczne polskie lato.
Blisko pół godziny formalności paszportowych (celnych) i wjeżdżamy w ziemię prastarego dziedzictwa Piastów w kierunku Wrocławia. Drogi wspaniałe, toteż pozwalamy sobie na poważne zwiększenie szybkości, bo do 116 km/godz. Dobrym drogom odpowiadają piękne widoki i krajobrazu nie psuje ład niemiecki w urządzaniu miast i wsi, owszem łączy je w miłej dla oka całości i mimo woli człowiekowi nasuwa się pytanie, kiedy my we własnym państwie do tego dojdziemy, a będę szczery, aby wyznać, że do naszej polskiej fantazji koniecznie jest nam potrzebny i stały system pracy.
Przy tak rozwiniętej szybkości niedługo wjeżdżamy do Wrocławia i jak to się zdarza w drodze, w dodatku na obcym terytorium, łatwo jest o awanturę.
We Wrocławiu trafia się nam jedno potrącenie samochodu, ale od protokółu policyjnego ratuje nas osobliwie uczciwy Niemiec, który jadąc za nami, obserwował całe zajście i z nas oskarżonych zrobił oskarżycieli. Dobrze, że się na tym skończyło. W komisariacie policji niemieckim starym bismarckowskim3 stylem z pewnością byłoby inaczej. Kierując się tym, nie popasamy długo na niemieckim Śląsku i w krótkim czasie po posiłku w restauracji jedziemy drogą ku Pradze czeskiej.
Co kraj, to obyczaj! W Czechosłowacji jazda lewą stroną drogi, do czego trzeba się po pewnym czasie przyzwyczaić. Stan dróg niemniej tak dobry jak niemieckich, mniej tylko drogowskazów, przez co traci się czas na wypytywanie o kierunek dalszej drogi. W tych warunkach zamiar nasz osiągnięcia Pragi (630 km) w tym samym dniu nie udał się — nocujemy o 100 km przed Pragą, w Trutnie4, w „Narodnym Domie”. Schludny nocleg, dobra kolacja i tanie, znakomite, czeskie piwo.
Rankiem 28 czerwca, a była to niedziela, jedziemy ku Pradze. Po drodze widzimy pracę na polach pomimo święta, gdyż jest to okres żniw, a za długo trwająca gorąca pogoda powoduje obawę przed nawałnicą. Widać w tym czeską przezorność i nie dziwota, że pracowici obywatele Czechosłowacji w dobrym ładzie gospodarczym utrzymują swoją małą republikę.
Przed południem jesteśmy w Pradze, którą oglądamy po raz pierwszy w życiu. Robi na nas bardzo dobre wrażenie: schludna, rojna od wesołych i uprzejmych ludzi, pełna gmachów świadczących o wielkiej tradycji i dobrym smaku architektonicznym. Nazywają ją Czesi ,.Złotą Pragą”. Stwierdzamy, że to nie jest przesadą. W Pradze tak nam jakoś wypada, że jemy obiad nie w czeskiej restauracji, ale znajdujemy go w restauracji „kaukaskiej”, obsługiwanej przez rosyjskich emigrantów, dawnych „panów i pań” z wysokich sfer petersburskich. Zarabiają oni ciężko na kawałek chleba kelnerką, tańcem i śpiewem. Czy nie taki był ongiś los naszej emigracji? Chyba nie? — zapytujemy samych siebie. Inteligencja nasza znajdowała chleb za granicą w godziwszych zarobkach.
Z czeskiej osobliwości zostaje nam tylko sławny prawdziwy pilzner5 i czeskie kwargle6.
Dzień piękny i gorący, a po sumiennie zaspokojonym pragnieniu kierujemy się drogą na Austrię do Wiednia (312 km). W drodze mijamy setki motocyklów powracających ku wieczorowi do Pragi. To są właśnie wyniki dobrego utrzymania dróg, w postaci ogromnie silnie rozwiniętego sportu motocyklowego. Zaznaczyć wypada, że w każde pogodne święto i niedzielę tabuny „żelaznych rumaków” wybiegają z Pragi i dzięki wspaniałym drogom przemierzają setki kilometrów na świeżym powietrzu i pod ożywczymi promieniami słońca. Tam bez zbytniej odwagi wyjeżdża się za miasto.
Jaka stolica, taki kraj! Mijamy schludne czeskie wsie, spotykani ludzie pewni siebie, co się wyczytuje z twarzy, świętują dzień Pański. I co ciekawe, przy takiej konsumpcji piwa, jaką się chlubią Czesi, nie spotykamy pijanych zawalających drogi.