Ta myśl towarzyszyła mi ciągle w podróżach po Polsce i stała się wreszcie natrętna.
Nie mogłem się pozbyć inaczej natręta, jak tylko zadowolić go czynem.
Nie ma w świecie nic radośniejszego jak oblekać lotną myśl w kształty cielesne czynu, samemu. Koroną działań człowieka jest budowa wszelka, pod każdą postacią. Składa się na nią nie tylko wysiłek mięśni, ale przeważnie także zmysł organizacji tworzenia, te komórki mózgowe, w których jak w młynie miele się tworzący czyn, odrzucając balast i tworząc strawę godną ludzkiego pożywienia.
Przyznam się, dumny jestem z organizacji mego rajdu. Powiedzieć sobie: wyjeżdżam — to jest jeszcze mało. Warunki trzeba stworzyć. Gdybym był zamożny, poszłoby mi niesłychanie łatwo. Warunki się kupuje i basta. Nie jest to jednak sztuką. Kunsztem śmiało nazwę i wy mi przyznacie zgodnie wszyscy — wybrać się z zasobem tylko niezbędnej gotówki, tak aby nie zabrakło na życie, a przede wszystkim na strawę dla maszyny: na paliwo i smary. Człowiek zadowoli się zawsze czymś piękniejszym od codziennego chleba, aby wytrwać w postanowieniu. Natura ma tak cudowne kształty, takie dziwy i wspaniałości, że w obliczu ich zapomina się o posiłku. Dusza sportowca kocha piękno, sport bowiem z niego się zrodził. Sport — szeroki czyn władzy ludzkiej nad żywiołami świata.
Po cóż zatem trudzić będę was opisem, jak zorganizowałem rajd? Chciało mi się wyjechać i pojechałem.
Dla spotęgowania obrazu bezwzględnie muszę dodać, nie jechałem sam. Motocykl mój marki Harley, 1200 ccm1, z przyczepką, pożerając dziennie po parę setek km, niósł mój ciężar, mojej żony, naszej znajomej pani W. Kluczyńskiej, no i drobnej istoty, łaskawej psinki Sójki. Proszę do tego dodać jeszcze bagaże osobiste (około 100 kg), zapasowe koło, parę litrów zapasowych materiałów pędnych itp. Nad tym wszystkim ja, jako prowadzący motor, w drodze uważać musiałem na każde załamanie drogi, każdy wybój czy kamień, myśląc w dodatku, czy będzie dobry nocleg, czy na stacjach nie zabraknie benzyny lub czy kto z towarzyszy nie zachoruje.
W tym wypadku o samym sobie się nie myśli.
Kiedy wczesnym rankiem słonecznym 27 czerwca ub. r. wyruszamy z placu Marszałka Piłsudskiego w Warszawie wraz z ppłk. Siczkiem Stan., jadącym „solo” na również tej samej marki maszynie, za nami już są — biegania paszportowe, duszenie pieniędzy i gruntowny przegląd maszyn przed tak dalekim rajdem.
Drogi w Polsce nie należą do dobrych, a mimo to po niespełna ośmiu godzinach jazdy przez Piotrków dobijamy do punktu granicznego „Słupia”2 (Kl. Kössel).
Dzień piękny zatarł wspomnienia niezupełnie dobre o samej drodze. Wyrwać się z Warszawy to nie lada wysiłek. Drogi wjazdowe do stolicy jakby pasmo fortyfikacji odstraszają nacierającego na Warszawę i gubią odwagę w dezerterach z tej twierdzy zakochania się w przeszłości, która nie wiadomo czemu rwie duszę warszawiaka w czasy, które nie znały poza rowerem nic postępowszego. W czasie drogi po kocich łbach podwarszawskich klnie się z przyzwyczajenia magistrat i w ogóle wszystko tak zwane samorządne. Wjazd i wyjazd do prawie wszystkich miast i miasteczek jest prawie jednakowy. Wprost nasuwa się myśl powszechnej zmowy magistratów, aby mieszkańcy nie uciekali z miast. Wiadomo przecie — myślą radni miejscy — kupi taki odważny motocykl, będzie jeździł po świecie — a kto ojczystemu jego miastu da podatki? Przecież są potrzebne radnym miejskim, chciałem powiedzieć raczej: Radzie Miejskiej. Ona zrobi z nich użytek. Zbuduje drogi asfaltowe w alejach, na placach i na ulicach, gdzie mieszkają radni. Przedmieścia mogą poczekać. Tyle dziesiątek lat czekały, mogą jeszcze parę wytrzymać.