Czekamy na statek, nudząc się, gdyż miasto niezbyt ciekawe, o wąskich ulicach, za dusznych, i dosyć gwarne. Czasami ma się wrażenie, że wszyscy mieszkańcy miasta handlują na ulicach, taki rozlega się harmider. Gorąco okropne, okna mieszkań pozasłaniane storami lub okiennicami, urzędy w godzinach od jedenastej do pół do czwartej pozamykane.

Tak jak o nowoczesnej Rosji czyta się dużo i ciekawi się prawie każdy, czy rzeczywiście na tym ogromnym obszarze zaszły ciekawe przemiany, tak również Polaka interesuje coś wręcz przeciwnego bolszewizmowi, czym jest bezsprzecznie faszyzm. Nie znałem Włoch przedtem, ale jeśli chodzi o ocenę, widzi się w nich to, o czym się słyszało lat temu przeszło dwadzieścia.

Nie byłem absolutnie krępowany w oglądaniu Włoch. Z motocykla widzi się stokroć więcej aniżeli z okien pociągu. Chcę się zatrzymać nawet dzień, dwa, trzy i więcej; mogę, bo jestem absolutnym panem swojej maszyny. Spotykam ludzi, widzę przejawy życia, światopogląd mój nie jest ograniczony linią drogi żelaznej ani czasem rozkładu pociągów — nieograniczona możliwość poznania kraju, przez który przejeżdżam. Informacje zbieram nie od podróżnych, zajętych przeważnie interesami, w sprawie których wyruszyli w drogę, ale, jak się wyrażę, łapię ludzi na golącym uczynku spędzania codziennych zajęć.

Mogę śmiało oświadczyć i dać naukę rodakom. Włochy niczego mnie nie nauczyły.

W porównaniu z Ojczyzną, wyjąwszy pamiątki przeszłości, wyglądają blado. Postęp mało widoczny, jeśli chodzi o rzeczywistość, o teraźniejszość. Nowoczesne budowle i u nas się spotyka, wygląd zaś zewnętrzny zakładów przemysłowych nie stanowi jeszcze o dobroci wykonanych przez nich wyrobów (towarów). Drogi o wiele lepsze niż u nas, ale trudno przyznać, aby mogło być inaczej. Na taki ruch turystyczny jak u nich i my byśmy mieli kto wie czy nie lepsze drogi. Poza tym dużo reklamy! Weźmy na przykład choćby policję w Rzymie i na prowincji. Może rzymski policjant imponuje, ale prowincjonalny zupełnie przeciwnie wygląda. Faszyzm tak jak bolszewizm wyśmienicie dekoruje objawy życia, ale go nie przeobraża. Takiej masy żebrzących nie ma cała Europa, mimo całego balastu ustaw przeciwdziałających temu.

W rozmowach postronnych nie wyczuwa się uwielbienia dla Mussoliniego. Bardzo często słyszy się słowa krytyki lub wprost przekleństwa dla jego rządów. Czy słusznie? Tak! We Włoszech panuje bieda, o której się nie pisze i nie mówi, ale którą się widzi, jeśli się chce ją zobaczyć. Nie trzeba jej szukać, widoczna jest wszędzie, a w połączeniu z natrętnym żebractwem odstrasza od Włoch i każe się namyślać dobrze, czy wódz Włoch nie prowadzi czasami kraju w przeciwnym do wygłaszanych haseł kierunku.

Czwartego dnia, 17 lipca, nareszcie około godz. dziesiątej przed południem odjeżdżamy statkiem do Tunisu (Afryki) bez formalności paszportowych na lądzie, wszystko to bowiem załatwiają podczas podróży na okręcie. W drodze koło godz. trzeciej po południu zawadzamy o miasto Trapani (jeszcze na Sycylii) i naturalnie wyruszamy na zwiedzenie miasta.

Nie ma jednak co oglądać, gdyż o tej porze słońce tak jeszcze przygrzewa, że przyzwyczajonym do tej przyjemności tubylcom odbiera ochotę nie tylko do spacerów, ale nawet do pracy. Wąskie ulice, okna zabite okiennicami, bardzo słaby ruch robią na nas wrażenie, że chodzimy po zamierającym mieście. Jedynie spotykane tu i ówdzie dość schludne kawiarenki z wysuniętymi na chodnik werandami tętnią jakim takim życiem, pokrzepiających się wszelkimi napojami chłodzącymi nielicznych mieszkańców i przyjezdnych razem. Na pożegnanie fotografujemy stojący prawie nad samym brzegiem morza średnich wymiarów pomnik Garibaldiego49. Z zachodzącym słońcem statek rusza w dalszą drogę.

Do północy podróż na małym statku idzie jako tako, wchodzimy jednak powoli w strefę dość ostrego sztormu, który powoduje widoczny na twarzach pasażerów lęk, a w kajutach i na pokładzie znane oznaki grasującej morskiej choroby. Wybiegałem parę razy w nocy na pokład, aby własnymi oczyma zobaczyć przelewającą się przez burty falę. Nie tyle strach o własne i bliźnich życie, ale dbałość o motocykl, który nas po świecie obwozi i który formalnie przez całą noc moczył się w słonej wodzie, wypędzała mnie na pokład. Dopiero nad ranem i blisko Afryki morze się uspokoiło.

Po męczących przejściach morskich czeka nas nowa niespodzianka. Stary lekarz okrętowy bez pardonu szczepi wszystkich szczepionką nieodgadniętą przez nikogo. Jedni mówią, że przeciw cholerze, drudzy przeciw tyfusowi, inni — przeciw wszystkim „cholerom świata”. Poddaję się i ja temu zabiegowi, bo co mam robić, inaczej na ląd nie wypuszczą.