Na powitanie Afryki o godz. 11.50 — czepia się nas nowy pech. Pokazuje się, że włoskie władze nie załatwiły formalności z naszymi motocyklami.

Drobna to na pozór rzecz, ale zabrało nam trzy długie dnie włóczenia się od urzędu do urzędu. Ta tak u nas zachwalana często dla ideowej opozycji biurokracja francuska, tutaj w Tunisie okazuje się stokroć gorsza od naszej na miejscu. Cudzoziemców traktuje się jak konieczne zło, interesant, przepędzany z urzędu do urzędu, zbiera tylko moc papierków, z których każdy następny urząd nic konkretnego wyciągnąć nie może, aż wreszcie trafi szczęściem na chętnego do pracy i napiwku kancelisty, który splot kancelaryjnych paragrafów i węzłów sławnym bakczyszem50 w kilku minutach rozwiąże. Złośliwi twierdzą, że to jest spadek po długoletniej przyjaźni rosyjsko-francuskiej. Nas jednak ratuje ostatecznie konsul włoski, który ocala z klęski kieszeniowej i przywraca honor niedbałych we własnej ojczyźnie władz celnych.

Przez te trzy dnie wolny czas od zwiedzania urzędów poświęcamy studiowaniu miasta. Mimo że upał w godzinach południowych (a jest to lipiec) dochodzi do 65 °C, znosimy go, gdyż tutejsze gorąco jest zupełnie suche, tylko głowy należy przezornie chronić przed pociskami słońca. Obserwujemy tradycyjne nakrycie głów mieszkańców (fezy51 owinięte turbanami) i nie dziwimy się, że ono jest częścią narodowego ich stroju, gdyż wynika to z potrzeby. Tylko przez szczelne owinięcie głowy przed promieniami słonecznymi unika się zabójczego ich działania.

Tunis jako miasto jest bardzo ciekawe; właściwie są to dwa miasta. Jedno wykwintne, europejskie środowisko, przystosowane do klimatu, o szerokich, asfaltowych, czystych ulicach z tramwajami, o średnim ruchu samochodowym, pełne budynków nowoczesnych z wystawami sklepów, przypominające duże miasta europejskie, z licznymi i zmodernizowanymi już kawiarniami arabskimi, w których większość klienteli, prawie 100%, stanowią autentyczni Arabowie. Ta lwia część publiczności to przeważnie bogaci eleganccy Arabowie w czyściutkich białych narodowych strojach i czerwonych fezach. Oni przesiadują w kawiarniach dzień i noc. Arabskich kobiet się nie widzi — tak głęboko zakorzenione są jeszcze tradycje religijne; Arabkę biedną czy bogatą spotkać można przelotnie na mieście, ale twarz jej chroni zasłona przed niepożądanym okiem.

Inne jest zupełnie życie w arabskich dzielnicach. Ulice wąskie, dosyć brudne, trochę cuchnące i hałaśliwe. Rękodzielnictwo i handel odbywa się prawie na ulicy. Każdy ze sprzedających gwałtem prawie ściąga klienta. Konkurenci przekrzykują się wzajemnie, pocąc się przy tym niemiłosiernie.

Aby tylko handel szedł, a zdrowia pod tym jasnym niebem nie zabraknie. Z okien naszego hotelu obserwujemy wędrówki mieszkańców dzielnicy arabskiej, na dachy płaskie swoich domów wylęgających wieczorem na spoczynek, z materacami i poduszkami. Latem Arab uważa za swój obowiązek spanie na otwartym powietrzu; przypuszczam, że tego przyczyną są nieodstępne (jak tu twierdzą) Arabom w mieszkaniach, serdecznie do nich przywiązane, pluskwy. Tak to sprytny naród arabski łączy piękne z pożytecznym!

Jedna jest jeszcze rzecz godna podziwu i uwagi — wspaniała arabska mokka podawana w kawiarniach. Nasza najlepsza warszawska kawa w porównaniu z nią wypada bardzo blado. Daleki jestem od ubliżania naszym cukiernikom i kawiarzom, ale po kilkunastokrotnym wypiciu w kilkunastu kawiarniach mokki arabskiej doszedłem do niezbitej pewności, że kawa u nas, nawet tak zwana „prawdziwa mokka”, musi występować w mezaliansach52 z mniej szlachetnymi artykułami tak zwanej „pierwszej potrzeby”, jak żołędzie, jęczmień, cykoria, a nawet, jak twierdzą, paloną marchwią. Dostojnego tutejszego Araba po wypiciu jednej czwartej filiżanki naszej „prawdziwej mokki” tknęłaby nieszlachetna apopleksja serca lub mózgu. Mój pobyt w arabskim kawowym raju mrozi brak dobrych papierosów. Ma się wrażenie, że dobry wschodni tytoń tutejszy ucieka do Francji, a z Francji przychodzi prawdziwy francuski tytoń, który podług mnie tyle ma wspólnego z tytoniem, co warszawska mokka z tuniską mokką. Rad by się człowiek zaciągnąć nikotyną i ćmi francuskie specjalności, oglądając się na wszystkie strony, skąd tyle swądu ze stęchłej słomy? A niechże prorok ich ciężką chorobą dotknie za takie „prima” papierosy. My narzekamy na nasz monopol tytoniowy, a tam, tysiące kilometrów od niego, oglądamy się tęsknym okiem za drogą nam sercu budką inwalidzką53. Na wspomnienie naszych ergo, płaskich, madenów, egipskich — człowiek rozczula się.

Chodząc po mieście, zauważam, że Francuz i na obczyźnie ogromnie hołduje zasadom ciężkiej pracy, w tym wypadku tu, w Tunisie — „zasadom ciężkiej pracy Arabów”. Wokół spichrzy i składów towarowych portu widać roje zachudzonych i ciężko zapracowanych robotników arabskich. Po wyglądzie i minach pracujących widać pełne niezadowolenie z warunków pracy i płacy. Ku wieczorowi całe gromady ich formalnie rzucają się w zabrudzone przy brzegu morze, aby tylko nieco się odświeżyć i pośpiesznie wracać do domu. Pokazuje się, że nie tylko jeden „Żyrardów”54 jest na świecie.

Po załatwieniu wszystkich formalności decydujemy się na jazdę do Algieru, a zmusza nas do tego bardzo stracony niepotrzebnie czas i zachęcają doskonałe, przeważnie asfaltowe drogi. Zatem 22 lipca ku wieczorowi pożegnaliśmy Tunis, myśląc, że pech, towarzyszący nam od chwili wylądowania w Afryce, złapie się co najmniej francuskiej biurokracji. Arabowie maja go już dosyć podobno od czasu zajęcia Tunisu przez Francuzów. Stało się inaczej: tuż za miastem rzuca się na nas huraganowy wiatr, ciągnący nieprzerwanie z pustyni. Choć mój „rumak” obciążony jest trzema osobami oraz sporym bagażem, muszę dobrze trzymać kierownicę, aby w pędzie nie zjechać na bok.

Wokół wszędzie równiny step, z zupełnie spalonymi słońcem trawami i chwastami. Osiedla ludzkie bardzo rzadkie, czasem trafia się na drodze Arab chudy, na jeszcze chudszym osiołku. Stacje benzynowe i w tych stronach dosyć częste. Nocleg urządzamy sobie w miasteczku Beja55. Właściciel garażu, z tamtejszych „naszych” (żydek), dowiedziawszy się, że przybywamy z Warszawy, na pamięć o swoim przyjacielu lekarzu w Warszawie lokuje nasze motocykle bezpłatnie w garażu i wskazuje tani hotel. Z jadłem jest nieco gorzej, poza jajami i winem nie ma co w hotelu dostać, zmusza to moją żonę do wyjścia o godz. dziesiątej wieczór na miasto w poszukiwaniu chleba i wędlin albo sera. Okazanie się jej w tak późnej porze, w dodatku samej i w męskim kostiumie sportowym, robi u zgromadzonych na rynku tubylców szalony ruch. Nie chcą wierzyć, że to kobieta, bo mimo sportowego męskiego stroju łatwo przecież poznać można, odważa się sama wyjść na miasto. Dowiedziawszy się, że jednakże jest przyjezdną Europejką, ułatwiają jej zakupy. Prawdopodobnie Arabce by nie wybaczyli, a dżentelmeneria zamieniłaby się w brutalność. Jak długo od wieków są tu Arabowie, jeszcze Arabka po zachodzie słońca nie wyjrzała na miasto. Mimo nocy na rynku odbywają się śpiewy i gromadne palenie fajek, i picie kawy przy księżycu — jedynie mężczyźni! Zwyczaj ten da się wytłumaczyć straszliwym upałem w dzień, jak dla Arabów nawet w lato afrykańskie.