Rankiem 23 lipca ruszamy dalej. Okolica pusta i spalona słońcem, wiatr jakby ręką uciął, ustał, słońce pali niemiłosiernie, drogi puste, tu i ówdzie mijamy włóczące się senne karawany. Po południu wjeżdżamy w teren górzysty, upstrzony lasami dębów afrykańskich i drzew korkowych, inne tu już powietrze, bo nie brak zieleni, poziom wyższy. Nic dziwnego, że przerywamy na przeszło godzinę podróż, aby nasycić się atmosferą lasów. Znajdujemy ku naszemu zdziwieniu ćwierkające drzewo. Początkowo przypuszczaliśmy, że to są głosy wydawane przez jakieś owady żerujące na tych drzewach; wytłumaczono nam później w Algierze, że odgłosy te, dosyć silne, wydają liście tych drzew przy ocieraniu się o siebie podczas poruszenia choćby najlżejszym wiatrem. Nazwy tych niesamowitych, a zarazem rozrośniętych dobrze drzew nie pamiętamy.
Dalsza droga przez góry zaczyna być powolna i noc zastaje nas w hoteliku miasteczka, którego nazwy nie zapisałem, widząc je tylko w nocy. Jeszcze jeden dzień, 24 lipca, po górach, które ostatecznie się nudzą — gorąco nie do wytrzymania, oddycha się ciągle pustynią wraz z jej rozpalonym piaskiem. W mijanych miasteczkach i wsiach pustki — tylko śmiały Europejczyk w taki żar może odbywać drogę, zrobiwszy w tym dniu 245 km. Jeszcze jedna noc w napotkanej w drodze osadzie francusko-arabskiej i zbliżamy się 25 lipca wraz z kończącymi się górami do Algieru. Każdy kilometr bliżej Algieru to równocześnie zbliżanie się do morza, którego tchnienie jak powiew wiatru na pół łagodzi wysiłki i milszą czyni podróż. W drodze napotykamy już na pięknej i żyznej równinie na kolonizację francuską, bogate, rozległe kilometrami winnice, wspaniałe sady owocowe, z zieleni których wystrzelają ku niebu smukłe palmy. Domki mijanych wsi i miasteczek wyglądają jak zgrabne pudełeczka. Tu wszędzie widać ogrom pracy europejskiej, drogi wspaniałe, szerokie, asfaltowe z coraz żywszym w stronę Algieru ruchem automobilowym. Obiad jemy w małej osadzie już po europejsku, nie mogąc nadziwić się panującej tu wszędzie czystości. Potrawy w takich warunkach smakują znakomicie. Na deser rozkoszujemy się świetnymi owocami i dziwne to wszystko w małej restauracji, prowadzonej przez rodowitą Włoszkę emigrantkę. Zaraz po południu osiągamy Algier, pozostawiwszy za sobą w tym dniu tylko 117 km. Z daleka z drogi widać go i na horyzoncie rysuje się jego potężna na wzgórzach w półkole nad morzem sylwetka. Miasto już przy wjeździe czyni dobre i miłe wrażenie czystością i stanem dróg.
Na wstępie odwiedzamy honorowego konsula Rzplitej Polski, aby zadość uczynić przyzwyczajeniu, gdyż wszędzie, gdzie znajdujemy konsula Rzeczypospolitej, prosimy go o stwierdzenie na odpowiednim arkuszu naszego pobytu w danym miejscu jego urzędowania. W Algierze warto się zatrzymać parę dni, rozłożony jest bowiem na górach, nowoczesny w środku, z przydzielonymi do niego dzielnicami czysto arabskimi, jest godny oglądania i opisu. Komfortowe, nowoczesne budynki europejskie w smacznym stylu pną się po wzgórzach. W parze z budynkami idą parki, skwery i aleje oraz świetnie utrzymane ulice. Na skwerach pełno rozłożystych palm. Domy gustownie dekorowane kwieciem. W dzień ruch na ulicach nietęgi, możliwe, że ze względu na gorący miesiąc roku. Życie ulicy tętni za to silną gorączką podczas nocy, wówczas przewalają się po chodnikach tłumy i wrą od głosów i muzyki kawiarnie. Kontrastem tego wszystkiego strony arabskie miasta; tak jak w spotykanych już poprzednio miastach i miasteczkach afrykańskich ulica stanowi tylko życie w dzień, jak zwykle z nieodłącznym piekłem zaduchu i okropnego krzyku przekupniów. Ulice bardzo wąskie, pełne takich kup śmieci, na widok których nawet magistrat warszawski urządziłby rewolucję. Formalne sterty odpadków, przeważnie jarzyn i skorup z melonów. Noc przechodzi nasze oczekiwanie, gdyśmy się tam przed północą wybrali. Całe męskie miasto arabskie tłoczy się formalnie po ulicach. Arabowie nie znają teatrów, zastępuje go ulica księżycową nocą. Tłumy ich siedzą, podwinąwszy nogi pod siebie na chodnikach, włóczą się po mieście trupy tancerek, kuglarzy, grajków, a w tym wszystkim gra rolę barów naszych handelek na ulicy. Można spróbować ciastek arabskich — coś w rodzaju naszego chrustu — w oczach jedzącego wypiekanych i maczanych w gorącym miodzie. Nawącha się człowiek dymów kadzidłowych, zapewne urządzanych po to, aby właściwy zapach ulicy przydusić. Kawiarnie, te czysto arabskie, wabią mocną kawą, pełno w nich tubylców i międzynarodowej mieszaniny grającej w kostki.
Skoro widzieliśmy już tyle, dajemy się namówić przez naszego przewodnika — naturalnie emigranta rosyjskiego (oficera byłej carskiej armii), którego poznaliśmy w naszym hotelu — do zwiedzenia dzielnicy „wolnej i płatnej miłości”. To, co u nas jest w Europie wstydliwie przykryte, tu występuje z całą jawnością ohydy. Kręcące się w tych dzielnicach towarzystwo prócz pijackich śpiewów urządza także strzelaninę, a wszystko to się dzieje w atmosferze niepomyślanego u nas brudu i zaduchu. Te piękne i niepiękne widoki życia algierskiego zasnuwa jednak wspomnienie, gdy człowiek pomyśli o posiłku, pamięć wykwintnej francuskiej kuchni, do której niestety człowiek posłuszny rozkazom żołądka, chcąc nie chcąc, powrócić musi. Szarpie nas przy tym tęsknota za poczciwą polską kuchnią z kilku kieliszkami monopolówki. Osobiście nie lubię francuskiego jadła z sałatami, ostrygami i różnym morskim jadalnym świństwem, a tu na domiar, w Algierze, jeszcze ze smażonymi ślimakami.
Ku wieczorowi 27 lipca harleye nasze lecą z nami po najpiękniejszej z dotąd spotykanych dróg do Oranu (502 km). Ciągnie się ona niejednokrotnie tuż nad samym morzem i bita jest na zboczu prostopadłych prawie gór. Od morza dzieli drogę las rozkwitłych oleandrów56, a za nimi huczy lazurowe błękitne morze. W czasie jazdy ma się wszystko — powietrze, słońce i niezapomniane czarujące widoki. W tych pięknych warunkach harley po asfalcie pożera łapczywie kilometry. Przed zapadnięciem nocy znajdujemy kwaterę u wyjątkowo gościnnego Francuza.
Nazajutrz 28 lipca w drodze na Oran wjeżdżamy w żywsze równiny i koło południa przybywamy do Oranu57. Miasto już prawie że francuskie. Tu zmieniamy trasę naszej podróży. Mieliśmy jechać na Fez (Maroko) do Tangeru i Portugalii, do Maroka jednak udziela wizy sam tamtejszy gubernator58, do którego musielibyśmy się telegraficznie odnieść o zezwolenie wjazdu. Odpowiedź, ewentualnie nawet odmowna, mogłaby nadejść przy znanym tamtejszym władzom pośpiechu nawet za 3—4 dni minimalnie. Tak już mamy poważnie nadszarpnięte czasy urlopu, więc rezygnujemy z Maroka i odpływamy dnia następnego do Hiszpanii.
Krótki był nasz pobyt w tym skromnym skrawku Afryki.
Im bliżej morza, tym milej, da się ogólne wrażenie wyrazić. Ku południowi dalej, kilometr za kilometrem, bliżej pustyni, zachłannej, bezwzględnej niszczycielce zieleni. W tej części Afryki są dwa światy ludzkie, tubylcy Arabowie i panowie francuscy. Mówią o Arabach, że mimo wszystko nie zapomnieli być Arabami, w zwyczajach, mowie i nienawiści do obcych. Są również Arabowie związani już z Francją tysiącami interesów, ludzie syci i zadowoleni z życia. Takie typy były i za samodzielnego życia Tunisu i Algieru.
W porównaniu do naszych typów są to „od czwartej do dwudziestej brygady osobniki”, dla których wszystko jest dobre, jak dobrze idzie.
Tłum arabski jest biedniejszy od naszego, są to prawdziwi nędzarze, wobec których nawet nasz bezrobotny jest bogaczem. Widać na nich wprost nędzę, i to nie na ubraniu, ale na twarzy bite piętno wyzysku kolonizacji. Francja bezsprzecznie dała ogładę kultury naszej północnej Afryce. Świadczą o tym budowle, drogi, kultura rolna. Ale czy na tym dobrze wyszli Arabowie, to już jest inna kwestia. Szczególnie ta szara masa arabska, tłum wielkomiejski i wielkie rzesze ubogich rolników.