Przeprawa, trwająca pół dnia i noc, tym razem sprawiła dużą przyjemność. Księżycowa noc i spokojne morze oraz orzeźwiający chłód, w dodatku bez przypadłości żołądkowych, skróciły bądź co bądź dłuższą podróż. Wczesnym rankiem przybywamy do portu Alicante59. Miasto mało ciekawe, a zresztą dosyć się już naoglądaliśmy wszelakich portów. Po śniadaniu harley wiezie nas po nierównej miejscami jezdni, górzystym terenem, spalonym od słońca, do Walencji (175 km). Po spożyciu obiadu w mieście wyjeżdżamy z mocnym postanowieniem dostania się tego dnia do Madrytu. W drodze jednak za Walencją towarzysz nasz, ppłk. Siczek, jadący na swoim harleyu na przodzie, przez nieuwagę ciągnącej w przeciwną stronę hiszpańskiej biedki60 — ulega katastrofie. Jakby na szczęście, w parę chwil po wypadku zatrzymuje się jadące od strony Madrytu auto i ku największej uldze dowiadujemy się, że jadący dwaj panowie są lekarzami (ojciec i syn). Natychmiast przystąpili do swej samarytańskiej służby i polecili ofiarę wypadku przewieźć do szpitala. To zmusza nas do powrotu do Walencji (około 40 km). Towarzysza umieszczamy w powszechnym szpitalu, gdyż okazuje się, że skutki wypadku, aczkolwiek nie są zbyt groźne, jednak kilkudniowy pobyt w szpitalu jest konieczny i fakt ten przykuł nas do miejsca. Uporanie się z rannym zabrało nam sporo czasu, tak że późną nocą lokujemy się w hotelu. Towarzysz nasz jako wojskowy pragnął przeniesienia do szpitala wojskowego i ja, chcąc przeforsować jego prośbę u władz wojskowych, udałem się następnego dnia do tamtejszego dowódcy korpusu celem wyjednania zgody.

Wysoki ten dygnitarz, w randze generała dywizji, przyjął mnie nadzwyczaj życzliwie i w słowach prostych a szczerych, w których brzmiała nuta dumy z poznania przedstawiciela armii polskiej, zapewnił mnie, iż wystara się niezwłocznie telegraficznie z ministerstwa w Madrycie zgody na przeniesienie chorego do szpitala wojskowego. Rozpytując się mnie o warunki podróży, wprost namówił do przyjęcia dla reszty ekipy bezpłatnego lokum w gmachu rządowym na czas pobytu naszego w Walencji.

Mimo iż cały świat rozbrzmiewał wieściami o rewolucji hiszpańskiej61, znaków jej jednak zewnętrznych naocznie nie zauważyliśmy. Wprawdzie druga spędzona noc w Walencji dla uszu groźna była, gdyż wyraźnie ryczały armaty, o mury kamienic tłukł się odgłos strzałów karabinowych, ale jak się okazało nad ranem, był to rodzaj festynu nocnego dla okolicznych mieszkańców wsi, dorocznie tu urządzany. Walencja jest ładna, posiada jak wszystkie dawne miasta i swoją starą dzielnicę średniowieczną, i nowoczesne, kilkupiętrowe kolosy miejskie. Z pożywieniem idzie tu nam lepiej niż we Włoszech; znać, że kraj jest bogaty w produkty rolnicze, mięsa tu się widzi więcej niż we Włoszech, sposób przyrządzania potraw na oliwie przypomina jedynie kuchnię włoską. Zaznaczyć wypada, że nie spotykamy tu ani rażącej biedoty, ani natrętnego zawodowego żebractwa. Widzimy bardzo ładne kobiety hiszpańskie, wprost rasowe i w większej części noszące się po hiszpańsku. Kolor stroju przeważnie czarny i zamiast różnobarwnych kapeluszy głowę utulają czarne koronkowe szale, toteż nic szczególnego w tym, że w mieście spotkaliśmy jedynie jeden sklep z damskimi kapeluszami, ale za wystawą. Podnieść też muszę szczególną taniość wszystkich bez wyjątku artykułów. Jako o rzeczy godnej zanotowania wspomnieć muszę o trzymaniu w domach zamiast kanarków śpiewających ptaków — przepiórek. Nie ciągnie nas jednak jako cudzoziemców prastare widowisko hiszpańskie „walki byków”, widzimy i tak toreadora z pomocnikami w pochodzie triumfalnym po ulicy wśród wrzasków i rzucania kwiatami, sama jednak krwawa zabawa jakoś nas nie pociągnęła.

Do dnia 4 sierpnia odpowiedź z Madrytu nie nadeszła (jak się później okazało, zasięgano informacji przez polski konsulat w ministerstwie w Warszawie, co było powodem zwłoki), a że nasz towarzysz czuł się lepiej, postanowiliśmy opuścić Walencję, toteż tego dnia po południu ruszyliśmy w drogę na Madryt (361 km). Droga, w większej mierze asfaltowa, na terenie falistym ciągnie się pośród winnic, pól uprawnych, z których już sprzątnięto zboże. Mijane wsie, przeważnie stawiane z kamieni i rzadko z cegły, wyglądają raczej na zgrupowanie się dosyć malownicze starych ruin niż na osiedla ludzkie. Napotykamy wzdłuż całej drogi na szczegół bijący w oczy, który tłumaczy zarazem znaną szeroko w świecie dotąd (przed rozpasaniem się rewolucji) bogobojność religijną Hiszpanów. Czy wioska posiada paręset domów, czy dwadzieścia domów — kościół murowany wybija się swoją sylwetką z daleka jako najwyższy budynek ludzkich siedlisk. Poza tym zauważamy, zatrzymując się chwilę w mijanych wsiach, nieomylny znak zacofania się w kulturze rolnej. Może to się zdawać nie do wiary nam, żyjącym w tutejszym zmiennym klimacie, ale widzieliśmy jak młocka zboża dokonywa się przez przepędzanie po klepisku na otwartym powietrzu, w sąsiedztwie zabudowań lub nawet daleko w polu, koni, krów, mułów i osłów po roztrząśniętych na gołej (twardej) ziemi snopach. Zastępuje to i nasze rodzime ubijanie snopów cepami, i pracę młocarń ręcznych, których, jak mi się przelotnie wydaje, dotąd mało w Hiszpanii używają. Mijana połać kraju robi dziwnie smutne w swoim spokoju i powadze wrażenie. Może pora gorąca tłumaczy nam bardzo słaby ruch na drogach.

Prawie w połowie drogi znajdujemy nocleg w małym miasteczku, bardzo tani i dość wygodny. O żywność w tych stronach, w dodatku po bardzo przystępnych cenach, nie jest trudno. Pozostała droga do Madrytu nie daje szczególniejszych wrażeń, dodam tylko, że na wirażach uderzył nas, po raz pierwszy w całej drodze od Warszawy, rodzaj ich budowy: coś na kształt budowy krzywizn na stadionach motocyklowych, co jest wyrazem ulepszeń trasy w czasie szybkiej jazdy i zarazem paraliżuje w dużej mierze możliwość katastrofy na tych właśnie wirażach.

Do stolicy Hiszpanii przybywamy tegoż dnia 5 sierpnia w godzinach obiadowych. Dowiadujemy się tutaj, że konsulat nasz, zwyczajem całej dyplomacji madryckiej, na czas letni urzęduje w zdrojowisku San Sebastian. Zwyczaj to jest konieczny, gdyż życie urzędowe za przykładem głowy państwa tam się w letnich miesiącach przenosi. Jest to wynikiem tak zwyczaju, jak i ochroną przed zbyt gorącym latem w Madrycie. Jak na stolicę wielkiego dosyć państwa Madryt jest zbyt mały, ale piękny, pełen skwerów o silnym zadrzewieniu, imponujący tak dawnymi budynkami, na których znać minioną już potęgę światową Hiszpanii, jak i nowymi budowlami o wielkich rozmiarach. Ani na twarzach Hiszpanów, ani po zewnętrznych oznakach na murach i ulicach nie znać rozsławionej już, toczącej się rewolucji. Absolutny spokój, pełno ludzi w kawiarniach, tak iż na pierwszy rzut oka wyczuwa się przesadę w rozpisywaniu wypadków przez światową prasę (a może nam się tak zdaje) lub może rewolucja jest więcej gadana, a Burbonowie62 raczej zwiali z Hiszpanii od krzyku niż od rzeczywistego niebezpieczeństwa.

Po kilku godzinach włóczenia się po mieście ruszamy przed wieczorem ku San Sebastianowi przez Burgos (463 km) ku północy. Daje się zauważyć coraz gęściejsze zaludnienie, co widać po ilości mijanych wsi i rozmieszczeniu się miasteczek. Teren z pagórkowatego przechodzi coraz bardziej w równinę, zadrzewienie gęścieje i okolice nie są już tak wyniszczone od działań promieni słonecznych. Osiedla ludzkie schludniejsze, znać, że bliskość Francji robi swoje. To już nie jest ten hiszpański świat zabity deskami od reszty Europy. Właśnie w tych stronach oznaki rewolucji są gwałtowniejsze, choć ich nie mieliśmy możności na szczęście spotkać, ale o tym się tu coraz głośniej mówi. Jednak, co obserwujemy po naszych kieszeniach, ząb przewrotu w kraju nie dotknął cen, bardzo tania nie tylko żywność, ale o dziwo pokarm naszego poczciwego rumaka harleya — cudotwórcza benzyna. Podczas rewolucji kosztuje jeszcze 48 gr za litr. Kiedy wspomnę cenę naszej krajowej benzyny, przychodzi mi na myśl chętka urządzenia prawdziwej rewolucji rodzimym rafineriom i całej bandzie z tak zwanego „kartelu benzynowego”, bo to już nie kartel, ale zwyczajna „granda” benzynowa.

I nic dziwnego, że tu (po tej stronie Hiszpanii) tak żywy ruch automobilowy, kiedy można dwa razy dłużej jechać, biorąc rzecz rachunkowo, na hiszpańskiej benzynie niż na naszej. Ciekaw bym był, gdyby tamtejszy kartel trzymał się takiej ceny jak u nas, jakby wyglądał ruch automobilowy i w ogóle wszelki ruch oparty na benzynie. Mam jednak wrażenie, że Hiszpanie by na to nie pozwolili i zrobiliby tak zwany dość ciężki „odruch”.

Do San Sebastian za daleko jak na kończący się dzień, więc spoczywamy w miasteczku Miranda63, niepobudzającym do wglądu w jego zewnętrzny dla nas, jako dla przejezdnych, wygląd: dużo takich się spotyka, pierwsze robi wrażenie, o ostatnim już się zapomina. Wreszcie jest nam już pilno do kraju, bo w portfelach więcej skóry i płótna niż banknotów. Zmienimy te ostatnie grube, to drobne się rozejdą i nie będzie za co wracać do Warszawy.

Po wspaniałej drodze San Sebastian64 wita nas śliczną pogodą i rozweselonymi kuracjuszami. Składamy wizytę w konsulacie polskim. Niestety pan konsul chwilowo na urlopie i nie mamy przyjemności go osobiście poznać. Dostajemy zaświadczenie naszego pobytu w Hiszpanii od radcy handlowego konsulatu. Mimo to doznajemy serdecznego przyjęcia, co w dużej mierze zawdzięczamy korespondencji hiszpańskiego Ministerstwa Wojny z konsulatem Polski w sprawie ppłk. Siczka, który to wypadek na szczęście tak pomyślnie się skończył. Dlatego jesteśmy w konsulacie polskim bohaterami dnia i nie szczędzą nam jadła i dobrego hiszpańskiego wina, jako też bezpłatnego mieszkania w prywatnym pensjonacie. San Sebastian bardzo nam się podobał, tak miasto, nadzwyczaj schludne, jak i plaża, wprost wymarzona dla wypoczynku. W mieście na ogół błogi, zadowolony z siebie spokój. Gwar życia z humorem i pięknymi paniami wyniósł się na plażę; jest jeszcze gorąco i kuracjusze wolą chłodzić się nad morzem niż wypoczywać na leżakach w domu. Gdybym miał po temu i środki, chętnie bym spędzał czas urlopu w San Sebastian. Jest tu rzeczywiście tanio jak na światowe kąpielisko. Przedsiębiorcy pensjonatów nie byli widocznie na przeszkoleniu w naszych uzdrowiskach, gdyż są uprzejmi i liczą się z kieszenią klienteli, a za powietrze zdrojowiskowe nie doliczają według naszej krajowej taksy do rachunku 100% — Hiszpan czy Francuz posiadający pensjonat w San Sebastian ceni więcej zapomniane u nas cnoty, honor i uczciwość kupiecką, niż mamonę. Odbija się to na kuracjuszach, wyglądem swoim przypominających ludzi beztroskich. Jeśli zechcemy kiedyś konkurować ze zdrojowiskami hiszpańskimi, to tak jak Niemcy w 1918 roku bolszewików do Petersburga, celem dokonania krwawego przewrotu, tak my poślemy w zamkniętych wagonach kilku naszych dyrektorów pensjonatów znad polskiego morza do Hiszpanii. Bez rozlewu krwi rozbiją oni cenami San Sebastian, a w rok potem tamtejsi burżuje- sansebastianie zejdą do roli proletariuszy bez butów.