Rankiem 8 sierpnia zaczynamy ostatnie godziny naszego pobytu w Hiszpanii. Prawie w dwie godziny od wyjazdu z San Sebastian jesteśmy już na granicy hiszpańsko-francuskiej. Rewolucyjna Hiszpania, w której nie widzieliśmy rewolucji, zrobiła na nas silne wrażenie uprzejmością, ułatwieniem życia cudzoziemcom i dlatego, sądząc po przejechaniu całej Hiszpanii, jestem pewny, że tam się szybko całe zawikłanie uspokoi. Popalą tu i ówdzie za bolszewickie czerwieńce65 kościoły i historyczne gmachy, a kiedy w końcu wspomną, że niszczą własny tak piękny kraj i pamiątki — udekorują agitatorami latarnie, a na znak zwycięstwa nad ideałami Marksa i Lenina na walkach byków znów pobrata się cały ten dumny naród i kto wie, czy z powrotem nie zatęskni do nowego „Alfonsa”. Nie ma w nich krwiożerczości, ale jest ten dostojny spokój i duma, że byli kiedyś panami połowy świata.
Na powitanie Francji wpadamy po drodze na parę godzin do Biarritz66, aby mieć choć pobieżnie pojęcie, jak wygląda owo słynne kąpielisko. Na pobyt tutaj może sobie pozwolić przeważnie bogaty i tacy tutaj rokrocznie się zjeżdżają.
W drodze podziwiamy Francję. Wysoka kultura rolna, drogi wspaniałe, równe i szerokie, ruch na nich żywy, to wszystko przekonywa o potędze pieniądza i ducha francuskiego. Odpowiednie do dróg spotyka się osiedla ludzkie, większe i mniejsze, po których wspomnienia naszych wsi i miasteczek wypadają bardzo minorowo67. Domki jak pudełka do zabawy, czystość ulic bijąca w oczy. W dzień wszyscy pracują i tę pracę widzi się tak w polu, jak i przy domu. Bogata Francja! Gdzie tym brudnym i obdartym dziatkom włoskim do ich rówieśników we Francji. I starsi ludzie weselsi, a to wszystko świadczy, że Francja obok bogactwa jest szczęśliwa.
Pierwszy nocleg w drodze do Paryża wypada nam w jednym z mijanych miasteczek. Następnego dnia, 9 sierpnia, w drodze przez Angouleme68 do Tours69 wleczemy się miejscami powoli, gdyż obecnie jest po żniwach i wozy ze zbożem zapełniają drogę. Wypada jeszcze zatrzymać się w Tours na jedną noc. Miasta nie oglądamy, bo urlop ma się ku końcowi, a parę dni przecież trzeba poświęcić Paryżowi.
Dnia 10 sierpnia przejeżdżamy przez miasto Orleans70 i przybywamy w południe do Paryża. Wspomnieć muszę, że sam wjazd do centrum miasta trwa przeszło godzinę, co świadczy o olbrzymim rozbudowaniu się Paryża. Ruch szalony, gdyż teraz w dodatku odbywa się Wystawa Kolonialna71. Ani jej, ani Paryża opisywać nie zamierzam. Czym jest Francja, wystarczy być w Paryżu. Tu nawet ruch kołowy na ulicach jest wyidealizowany, szoferzy naprawdę umieją jeździć, chociaż ta brać jest tutaj międzynarodowa. Zarazili się subtelnością Francuzów we wszystkim. Nie ma tego okropnego trąbienia, gdyż jeden drugiemu nie wchodzi w paradę. Czułem się, nie znając paryskich przepisów, lepiej niż w Warszawie w czasie największego ruchu na ul. Marszałkowskiej lub Nowym Świecie, choć tu ruch jest stokrotnie większy. Ja na moim strudzonym harleyu, zakurzonym i obłoconym, szacunek tylko i ułatwienie spotkałem. Wyczuwano, że jestem dalekim wędrowcem, a takiego w Paryżu cenią.
Musimy się tutaj wprzód pożegnać z naszym towarzyszem ppłk. Siczkiem, któremu gorączka po odniesionych kontuzjach nie pozwala na hazard72 ze zdrowiem i musi odbyć kurację w szpitalu. Zwiedzamy przez trzy dni Paryż, tak ten stary z widocznymi pomnikami świetnej przeszłości, jak i obecną dumę Paryża — Wystawę Kolonialną. Jest to wszystko naprawdę godne podziwu. Żegna nas również i nasza towarzyszka podróży pani W. Kluczyńska, gdyż kończący się jej urlop nakazuje bezzwłoczny powrót do kraju, toteż odjeżdża pociągiem pospiesznym do Warszawy. Zostajemy sami wraz z wierną psiną Sojką, a przed nami jeszcze kawał Francji i całe Niemcy.
Dnia 13 sierpnia wyjeżdżamy po południu, kierując się ku północy na Reims73. Następnego dnia wjeżdżamy na pobojowiska Verdun74. Najsmutniejszy to etap drogi naszej w wędrówce po świecie. Pod Verdunem, patrząc na lasy krzyży, na zrytą pociskami ziemię, ogląda się hekatomby75 światowej rzezi, tak aż do horyzontu ciągną krzyże i krzyże. Tu leży los bohaterów i zwycięska prawda Francji. Prawda, która tyle istnień ludzkich otuliła przesiąkniętą krwią ludzką ziemią. Francja dba o groby swoich bohaterów — skromnie tu i czysto, ale imponująco zarazem. Tylko smutek się rozsiadł i długo będzie świadczył o sąsiedztwie Francji z rozbójnikami świata. Ale dojdą tylko do Verdunu! Groby ich wstrzymają! Groby świadczące, że ponad wszystko jest miłość ojczyzny!
Po południu przekraczamy granicę francusko-niemiecką i kierujemy się na Frankfurt. Prawie od przekroczenia granicy niemieckiej powitał nas deszcz i bez przerwy towarzyszy nam przez dwa dni do Berlina. Nie mam absolutnie czasu na dłuższe postoje, dwa noclegi w Niemczech musiały być z samej konieczności. Na domiar nasza Sojka po zatrzymaniu się godzinę w kawiarni we Frankfurcie w wyraźny sposób zademonstrowała niechęć do dalszej jazdy, uciekając nam do pobliskiej kamienicy. My też zmęczeni już jesteśmy podróżą, a w dodatku nie opuszcza nas towarzyszący nam deszcz i chłód. Nie mamy ochoty zwiedzać również ciekawych miast niemieckich, jak Frankfurt, Lipsk i Berlin. Jednak ogólne wrażenie przejazdu przez Niemcy jest zastanawiające. Zewnętrznie Niemcy spotężniały, znać to w budynkach, prawie w każdym mieście w dużej ilości nowych, i co w dodatku wyczuwa się wzrokowo. Niemcy najlepiej wyszli na wojnie. Nie znać tu żadnych śladów zniszczenia, gdyż wojna nie toczyła się na ich terytorium. Obiektywnie jednak przy tym stwierdzić muszę, że stykając się z konieczności w drodze przez Niemcy — z Niemcami, ja jako Polak, nawet afiszujący się polskością małą polską flagą na motocyklu, nie doznałem od nich niczego, co by wskazywało na żywiołową do nas nienawiść, przeciwnie, jako podróżnik przemierzający ich kraj doznałem wiele uprzejmości, dobrej porady i wskazówek. Co więcej, pomimo wewnętrznie w Niemczech wyczuwanej biedy — Niemcy przybysza nie wyzyskują.
Dnia 17 sierpnia przekraczamy granicę niemiecko-polską, zaraz za granicą zapada noc, dlatego chronimy się do hotelu w miasteczku Pniewy.
Jeszcze jedną noc spędzamy przed Warszawą w Kutnie. Dzień przed nią bawimy w Poznaniu parę godzin. Drogi w porównaniu z tymi, po których jeździliśmy w świecie, nie są w ogóle drogami i obawiam się, że na swojskich wybojach mój niezmęczony do tej pory harley nie wytrzyma z wysiłku i padnie. Im bliżej Warszawy, tym gorsze drogi, jakby ktoś koniecznie serce Polski dla ruchu automobilowego chciał odciąć od reszty świata.