Widzimy stąd, że człowiek jest jedyny w swoim rodzaju na ziemi, na której wszystko inne wchodzi do ogólnego systemu. Człowiek sam umie myśleć własną myślą, umie myśleć abstrakcyjnie i uogólniać liczne przymioty. Tym samym zdolny jest do położenia zasługi lub wyrządzenia krzywdy: albowiem abstrakcyjne myślenie, uogólnianie i rozróżnianie zła i dobra wyrobiło w nim sumienie.
Jednakże dlaczego człowiek posiada przymioty odróżniające go od innych zwierząt? Tu przez analogię dochodzimy do wniosku, że jeżeli wszystko na świecie ma założony pewien cel, sumienie nie może być bez celu dane człowiekowi.
Tym sposobem rozumowanie prowadzi nas do pierwotnej religii natury — ta zaś dokąd nas wiedzie, jeżeli nie do tego samego celu, dokąd i religia objawiona, to jest do przyszłej nagrody lub kary. Ile razy zaś iloczyn jest ten sam, mnożne i mnożniki nie mogą być rozmaite.
Z tym wszystkim rozumowanie, na jakim religia natury się zasadza, często jest niebezpieczną bronią, raniącą tego, kto jej używa. Jakiejże cnoty nie chciano potępić za pomocą rozumowania lub przeciwnie, jakiej nie próbowano usprawiedliwić zbrodni! Czyliż Opatrzność wieczna mogła wystawiać na szwank los społeczeństwa moralnego albo też zdawać go na łaskę sofistyki? Bez wątpienia — nie; wiara więc, wsparta na zwyczajach powziętych od dziecinnych lat, na miłości dzieci ku rodzicom, na potrzebach serca, przedstawia człowiekowi podstawę daleko pewniejszą od rozumowania. Zwątpiono nawet o sumieniu, tej najważniejszej różnicy oddzielającej nas od zwierząt; sceptycy chcieli sobie uczynić z niego igraszkę. Usiłowali wmówić, jakoby człowiek w niczym nie różnił się od tysiąca innych istot pojmujących, odzianych materią i zaludniających kulę ziemską. Ale na przekór im człowiek czuje w sobie sumienie, kapłan zaś przy poświęceniu mówi mu: „Bóg jedyny zstępuje na ten ołtarz i łączy się z tobą”. Wtedy człowiek przypomina sobie, że nie należy do natury zwierzęcej: wchodzi w samego siebie i znajduje sumienie.
Jednakowoż, powiesz mi, nie idzie tu wcale o dowiedzenie, że religia natury prowadzi do tego samego celu, co i religia objawiona. Jeżeli jesteś chrześcijaninem, powinieneś wyznawać tę ostatnią i wierzyć w cuda, o jakich ci prawi.
Za pozwoleniem, oznaczmy naprzód różnicę między religią natury a objawioną.
Podług teologa Bóg jest twórcą religii chrześcijańskiej; podług filozofa także, ponieważ wszystko, co się dzieje, pochodzi z woli boskiej; ale teolog wspiera się na cudach, które są wyjątkami w ogólnych prawach natury i tym samym nie przypadają do smaku filozofowi. Ten ostatni, jako badacz natury, mniema, że Bóg, twórca naszej świętej religii, chciał ją uzasadnić jedynie na powszechnych prawach natury, nie wyłamując się z tychże praw raz przez siebie stworzonych i rządzących światem moralnym i materialnym.
Tu różnica nie jest jeszcze tak znaczna, wszelako filozof pragnie daleko wydatniej odznaczyć się od teologa. Stąd mówi mu: „Ci, którzy widzieli cuda na własne oczy, mogli z łatwością im uwierzyć. Zasługa wiary tobie się należy jako urodzonemu o osiemnaście wieków później; jeżeli jednak wiara jest zasługą, dostatecznie dowiodłeś twojej, czy cuda te rzeczywiście miały miejsce, czy też święta tradycja podała je do twojej wiadomości. Skoro zaś sposób wystawiania na próbę jest ten sam, zasługa równie musi być jednaka”.
Tu znowu teolog przestaje się bronić i mówi do badacza natury: „Ależ tobie samemu kto odkrył prawa natury? Skąd wiesz, czy cuda zamiast być wyjątkami, nie są raczej objawami nieznanych tobie fenomenów? Nie możesz bowiem powiedzieć, że znasz dokładnie te prawa natury, do których odwołujesz się od wyroków religii. Te promienie twego wzroku, które podciągnąłeś pod prawa optyki, jakim sposobem wszędzie przedzierają się, nigdzie się nie krzyżując, gdy przeciwnie, spotkawszy zwierciadło, wracają, jak gdyby odbiły się o jakie ciało sprężyste? Dźwięki równie się krzyżują, a echo jest ich obrazem. W ogóle można je podciągnąć pod prawa zastosowane do promieni optycznych, chociaż są raczej trybami, podczas gdy promienie zdają się nam ciałami. Ty jednak nie wiesz tego, gdyż ostatecznie nic nie wiesz”.
Badacz natury musi przyznać, że nic nie wie, wszelako dodaje: „Jeżeli nie jestem w stanie określić cudu, ty, panie teologu, nie masz prawa odrzucać świadectwa ojców kościoła, którzy przyznają, że nasze dogmaty i tajemnice istniały już w religiach przedchrześcijańskich. Ponieważ więc nie weszły do tych poprzednich religii za pomocą objawienia, musisz zatem zbliżyć się do mego zdania i przyznać, że można było te same dogmaty ustalić bez przyczyny cudów. Wreszcie — mówi badacz — oto jest ostateczne moje przekonanie o początku chrystianizmu: świątynie starożytnych były po prostu jatkami, bogowie ich bezwstydnymi rozpustnikami, ale niektórzy prawdziwie oświeceni ludzie mieli zasady daleko czystsze i składali ofiary mniej odrażające. Filozofowie oznaczali Bóstwo nazwiskiem Theos, nie wymieniając ani Jowisza, ani Saturna. Rzym podbijał naówczas ziemię i przypuszczał ją do swoich bezeceństw. Mistrz boski zjawił się w Palestynie, zaczął nauczać miłości bliźniego, pogardy bogactw, zapomnienia krzywd, poddania się woli Ojca, który jest w niebie. Ludzie prości towarzyszyli mu podczas jego pobytu na ziemi. Po jego śmierci zeszli się wraz z innymi oświeceńszymi ludźmi i wybrali z obrzędów pogańskich to, co najlepiej przystawało dla nowej wiary. Nareszcie ojcowie kościoła zabłysnęli z kazalnic wymową bez porównania bardziej przekonywającą od tej, jaką dotąd słyszano z mównic. Takim sposobem, za pomocą środków na pozór ludzkich, chrystianizm utworzył się z tego, co było najczystsze w religiach pogańskich i żydowskiej.