„Otóż to — mówiłem w duchu — tak zawsze wychodzi, gdy kto przestaje z wyższymi od siebie. Księżniczka zawiera ze mną małżeństwo, które nic nie ma w sobie rzeczywistego, a potem dla jakiejś wymarzonej Leonory popadam w podejrzenie rządu i muszę słuchać plotek człowieka, którym pogardzam. Z drugiej strony, nie mogę usprawiedliwić się, nie zdradzając księżniczki, która zbyt jest dumna, aby kiedykolwiek przyznać się do mnie chciała”.
Następnie pomyślałem o maleńkiej, dwuletniej Manueli, którą tuliłem do łona w Sorriente, a której nie śmiałem nazwać moją córką.
— Lube moje dziecię — zawołałem — jakąż przyszłość los ci gotuje? Może klasztor? Ale nie, ja jestem twoim ojcem i gdy będzie chodziło o twoje przeznaczenie, potrafię zaprzeć się wszelkiej ludzkiej przezorności. Ja będę twoim opiekunem, chociażbym miał własnym życiem to przypłacić!
Myśl o moim dziecięciu rozrzewniła mnie, zalałem się łzami i wkrótce potem krwią, gdyż rana mi się otworzyła. Krzyknąłem na chirurgów, przewinięto mi ją na nowo, po czym napisałem do księżniczki i posłałem list przez jednego z jej służących, którego przy mnie była zostawiła.
W dwa dni potem znowu udałem się do Prado. Dokoła ujrzałem zgiełk niezwykły. Powiedziano mi, że król kona. Wniosłem stąd, że może zapomną o mojej sprawie, jakoż nie pomyliłem się. Król umarł nazajutrz. Natychmiast wysłałem drugiego gońca, by zawiadomić o tym księżniczkę.
Za dwa dni odczytano dość powszechnie testament królewski i dowiedziano się, że don Filip Andegaweński został powołany na tron. Umiano ściśle dochować tajemnicy, tak że wieść ta, rozszedłszy się od razu, niewymownie wszystkich zadziwiła. Wysłałem do księżniczki trzeciego gońca. Odpowiedziała mi od razu na moje trzy listy i naznaczyła spotkanie w Sorriente. Gdy tylko poczułem się nieco na siłach, wyjechałem do Sorriente, dokąd w dwa dni później przybyła księżniczka.
— Szczęśliwie udało nam się wywinąć — rzekła do mnie — ten łotr Busqueros był już na prawdziwej drodze i skończyłby niezawodnie na odkryciu naszego małżeństwa. Byłabym umarła ze zmartwienia. Bez wątpienia, czuję, że nie mam słuszności, ale gardząc małżeństwem, zdaje mi się, że wznoszę się nad naszą płeć, a nawet i nad waszą. Nieszczęśliwa duma owładnęła moją duszą i chociażbym na przezwyciężenie jej użyła wszystkich sił, przysięgam ci, że byłoby to daremne.
— A córka twoja? — przerwałem. — Jakiż będzie jej los? Czyż mam jej nigdy nie zobaczyć?
— Ujrzysz ją — rzekła księżniczka — ale teraz mi o niej nie wspominaj. Wierzaj mi, że więcej, niż możesz sobie wyobrazić, cierpię na tej konieczności ukrywania jej przed światem.
W istocie księżniczka cierpiała, do moich jednak cierpień dodawała jeszcze upokorzenie. Z mojej strony także duma złączyła się z miłością, jaką żywiłem dla księżniczki. Za grzech odbierałem zasłużoną karę.