To powiedziawszy, księżniczka zostawiła mnie własnym myślom, które wcale nie sprzyjały wielkim panom.
— Bogdaj przepadli — zawołałem — półbożkowie tej ziemi, dla których reszta śmiertelnych jest niczym! Zostałem igraszką kobiety, która próbowała na mnie, czy jej serce stworzone jest do miłości, i która w końcu skazuje mnie na wygnanie, uważając mnie za aż nadto szczęśliwego, że mogę poświęcić się jej własnej i przyjaciół jej sprawie! Ale nic z tego nie będzie. Dzięki mojej małoważności będę jeszcze mógł żyć w spokoju.
Wymówiłem ostatnie wyrazy dość głośno, gdy wtem jakiś głos mi odpowiedział:
— Nie, señor Avadoro, ty nie możesz żyć w spokoju.
Obróciłem się i ujrzałem między drzewami tego samego astrologa Uzedę, o którym wam już wspomniałem.
— Señor don Juanie — rzekł do mnie — słyszałem pewną część twego monologu i mogę cię zapewnić, że w burzliwych czasach nikt spokoju znaleźć nie zdoła. Zasłania cię można opieka, nie powinieneś jej marnować. Jedź do Madrytu, dopełnij sprzedaży ofiarowanej ci przez księżniczkę i stamtąd udaj się do mego zamku.
— Nie wspominaj mi o księżniczce — przerwałem oburzony.
— Dobrze więc — rzekł astrolog — w takim razie pomówimy o twojej córce, która w tej chwili znajduje się w moim zamku.
Chęć uściskania mego dziecięcia uśmierzyła mój gniew, z drugiej zaś strony, rzeczywiście, nie należało mi porzucać moich opiekunów. Udałem się do Madrytu i oświadczyłem, że wyjeżdżam do Ameryki. Oddałem mój dom i wszystko, co posiadałem, w ręce prawnika księżniczki i wybrałem się w drogę ze służącym, którego mi nastręczył Uzeda. Ten przez różne manowce zaprowadził mnie do jego zamku, w którym byliście i gdzieście poznali syna jego, obecnego tu szanownego kabalistę. Astrolog przyjął mnie u bramy i rzekł:
— Señor don Juanie, tu nie jestem już Uzedą, ale Mamunem Ben Gersom, Żydem z religii i pochodzenia.