Księżniczka przystała. Naówczas Mamun, zwracając się do mnie, tymi słowy się odezwał:

Señor don Juanie, depcesz tu ziemię nieprzeniknioną dla zwyczajnego wzroku, gdzie każdy strzeże jakiejś tajemnicy. W paśmie tych gór znajdują się obszerne jaskinie i podziemia. Żyją tam Maurowie, którzy od czasów wygnania ich z Hiszpanii nigdy z nich nie wychodzili. W tej oto dolinie, rozciągającej się przed twymi oczyma, zobaczysz mniemanych Cyganów, z których jedni są mahometanami, drudzy chrześcijanami, ostatni wreszcie żadnej nie wyznają wiary. Na szczycie tej skały widzisz dzwonnicę z krzyżem na wierzchu. Jest to klasztor dominikanów. Inkwizycja święta ma powody, dla których przez szpary patrzy na to, co się tutaj dzieje, dominikanie zaś zobowiązani są nic nie widzieć. Dom, w którym się znajdujesz, zamieszkują Izraelici. Co siedem lat Żydzi hiszpańscy i portugalscy zgromadzają się tu dla święcenia roku sabatowego, obecnie będącego czterechsetną trzydziestą ósmą rocznicą jubileuszu, jaki odprawił Jozue. Powiedziałem ci, señor Avadoro, że pomiędzy Cyganami z doliny jedni są mahometanami, drudzy chrześcijanami, inni nareszcie żadnej nie wyznają wiary. W istocie ci ostatni są to poganie pochodzący od Kartagińczyków. Za panowania Don Filipa II spalono kilkaset takich rodzin, niektóre tylko schroniły się około małego jeziora, utworzonego, jak mówią, przez wybuch wulkanu. Dominikanie z tego klasztoru mają tam swoją kaplicę.

Oto jest, señor Avadoro, co tymczasem wymyśliliśmy względem małej Ondyny, która nigdy nie dowie się o swoim pochodzeniu. Ochmistrzyni, kobieta całkiem oddana księżniczce, uchodzi za jej matkę. Wybudowano dla niej piękny domek na brzegach jeziora; dominikanie z klasztoru udzielą jej pierwszych zasad religii. Resztę pozostawiamy staraniom Opatrzności. Nikt z ciekawskich nie będzie mógł zwiedzać brzegów jeziora La Frita.

Podczas tej przemowy księżniczka uroniła kilka łez, ja zaś nie mogłem wstrzymać się od płaczu. Nazajutrz udaliśmy się do tego samego jeziora, około którego teraz się znajdujemy, i umieściliśmy tam małą Ondynę. Następnego dnia księżniczka odzyskała dawną dumę i wyniosłość i wyznam, że pożegnanie nasze nie było zbyt rozczulające. Nie zatrzymując się dłużej w zamku, wsiadłem na statek, wylądowałem w Sycylii i ugodziłem się z patronem Speronara, który podjął się zawieźć mnie na Maltę.

Udałem się do przeora Toleda. Szlachetny mój przyjaciel, czule mnie uściskawszy, wprowadził do osobnego pokoju i drzwi zamknął na klucz. W pół godziny potem marszałek przeora przyniósł mi obfity posiłek, nad wieczorem zaś sam Toledo przyszedł, niosąc pod pachą wielki plik listów lub też — jak je w polityce nazywają — depesze. Nazajutrz wracałem już z poselstwem do arcyksięcia don Karlosa.

Zastałem jego cesarzowiczowską mość w Wiedniu. Skoro tylko oddałem mu depesze, natychmiast zamknięto mnie w osobnym pokoju, tak samo jak na Malcie. Po upływie godziny sam arcyksiążę przyszedł do mnie, zaprowadził do cesarza i rzekł:

— Mam zaszczyt przedstawić waszej cesarsko-apostolskiej mości margrabiego Castelli, szlachcica sardyńskiego i zarazem upraszać dla niego o klucz szambelański.

Cesarz Leopold, nadając swojej dolnej wardze jak najłagodniejszy wyraz, zapytał mnie po włosku, jak dawno opuściłem Sardynię.

Nie byłem przyzwyczajony do rozmawiania z monarchami, a jeszcze mniej do kłamstwa, za całą więc odpowiedź, skłoniłem się głęboko.

— To dobrze — rzekł cesarz — przyłączam wszmość pana do świty mego syna.