W cegielni więc wyrobnicy zarobili setki tysiące, co mnie również cieszyło, jak mój osobisty zarobek. Od początku bowiem prowadzenia tego czy innych przedsiębiorstw nie miałem nigdy na myśli osiągnąć wielkie zyski i lekko się zbogacić, a zawsze miło mi było, że choć garstka ludzi potrzebujących znajduje u mnie stale zarobek. Za to miałem taką nagrodę, że ludzie w gminie i w okolicy darzyli mnie nawzajem życzliwością i zaufaniem.
Z cegielni mojej brany był materiał na budowę wielu domów po pożarach w Tarnobrzegu, na pobliskie mosty kolejowe w czasie budowania drogi kolejowej do Tarnobrzega, na budowę pałacu w Mokrzyszowie, na budowę kominów piwnic itp. w gospodarstwach chłopskich po wsiach okolicznych.
Z cegły tej wybudowałem też w latach 1882–1883 obszerny dom własny, który był pierwszym chłopskim domem murowanym w Dzikowie, nazywany „kamienicą Słomkową”. Dom ten składał się z czterech pokoi, dwu kuchen, spiżarni i wygodnych piwnic. Z tego zamieszkałem z rodziną jeden pokój z kuchnią, resztę wynajmowałem lokatorom. Mieszkał u mnie przez szereg lat najpierw śp. Michalik, dyrektor szkoły powszechnej w Tarnobrzegu, następnie śp. Józef Stebnicki, geometra, którzy w owym czasie zaprzyjaźnili się ze mną, byli prawdziwymi przyjaciółmi dla mnie i mojej rodziny, trzymali dzieci moje do chrztu.
Gdy mi cegielnia szła najlepiej, natrafiłem nagle w tym przedsiębiorstwie na silnego konkurenta. Podówczas był w Tarnobrzegu Jankiel Pancer sławnym i bogatym kupcem, miał handel wapna, gipsu, cementu. węgli, koksu, soli kamiennej itp., kupował u niego każdy, był dostawcą po dworach w powiecie i poza powiatem, i miał duże zyski, bo nie było drugiego takiego handlu, i nie miał konkurencji. Wiedział on od ludzi, że ja na cegłę mam odbyt, bo kto u mnie kupił cegłę, szedł do niego po wapno, więc chciał za wszelką cenę mieć i cegielnię i starał się tak długo, aż u hrabiego cegielnię poddzierżawił i począł wypalać cegłę na sprzedaż na wielką skalę.
Wtenczas ja zacząłem tracić odbiorców, bo kto kupił u mnie cegłę, musiał za karę dwa razy więcej za wapno u Pancera płacić, więc każdy był zmuszony jedno i drugie brać u niego, innego bowiem składu z wapnem nie było.
Raz przyszedł do mnie inżynier z Tarnobrzega, który miał dom budować, obejrzał cegłę, spodobała mu się, zgodził się ze mną i kazał mi przyjść na drugi dzień do siebie po pieniądze. Ucieszyłem się, że większą ilość cegły sprzedam i nazajutrz poszedłem do niego, a on mi powiada: „Z bólem serca muszę powiedzieć, że u pana cegły kupić nie mogę, bo byłem u Pancera zamówić wapno, a ten mi oświadczył, że jak cegły u niego nie wezmę, to za wapno będę musiał zapłacić drożej, a nie ma tu innego handlu z wapnem”. I tak się stało, że cegłę i wapno wziął u Pancera. Wtenczas poruszyły się we mnie wszystkie nerwy, że mi Żyd tak haniebnie wlazł na kark. Nie było innej rady, tylko trzeba się było przed taką konkurencją silnie bronić, bo inaczej cegielni mojej groził upadek. Postanowiłem więc założyć także fabryczkę do wypalania wapna.
*
Ale sprawa nie była łatwa, bo wtenczas nie było jeszcze do Tarnobrzega kolei i kamień wapienny trzeba było sprowadzać Wisłą, a na spławianie nią musiało się mieć pozwolenie Dyrekcji Skarbu we Lwowie; nadto Pancer trzymał w dzierżawie od hrabiego brzeg nadwiślański pod Dzikowem, gdzie zatrzymywały się galary z kamieniem wapiennym. Jednak sprawy już nie zasypiałem. Poszedłem do hrabiego z prośbą, żeby mi dał pozwolenie na skład kamienia wapiennego nad Wisłą, co uzyskałem, zobowiązawszy się płacić za to, podobnie jak Pancer, po 2 złr od każdego galara. Wtedy napisałem do Dyrekcji Skarbu we Lwowie i stamtąd także przyszło mi pozwolenie.
Skoro tak na miejscu sprawa była załatwiona, należało teraz jechać do Krakowa i kamień zakupić. Ale to był twardszy sęk dla mnie, bo w Krakowie nigdy jeszcze nie byłem, nie znałem tam nikogo, nie wiedziałem, z kim zawrzeć interes na dostawę kamienia. Pancerowi mogło to iść łatwiej, bo miał już wyrobione stosunki z Krakowem, mógł tylko list napisać, a dostarczyli mu galarami, co mu było potrzebne.
Dowiedziałem się jednak, że jest tam na Kaźmierzu kupiec Weinberg, mający skład materiałów budowlanych, które wysyła też galarami, wziąłem więc adres do niego i wyjechałem do Krakowa: wozem do Dębicy, a dalej koleją.