Jednak, choć ja robiłem bez rozgłosu, Pancer dowiedział się o moich zamiarach. Ja w Krakowie wychodzę ze stacji, rozglądam się, widzę Pancera; następnie gdzie się ja obrócę, on idzie wszędzie za mną z tyłu. Boję się iść wprost na Kaźmierz, bo myślę sobie, że pójdzie za mną i cały interes zepsuje. Chodzę więc i rozglądam się po ulicach, ale ten wszędzie za mną. Żeby się go pozbyć, wszedłem do kościoła i modlę się dość długo, wychodzę — on czeka, a następnie idzie za mną. Poszedłem na nocleg, wychodzę rano, patrzę — Pancer czeka przed domem noclegowym i śledzi mnie dalej.

Wreszcie przystąpił do mnie, przywitał się i prosi na piwo. W piwiarni mówi mi, że wie, po com do Krakowa przyjechał, i prosi na wszystko, żebym od swego zamiaru odstąpił, żeby mu handlu nie psuć, przedstawiał, że mogę na tym stracić majątek, obiecywał, że mi już nie będzie odciągał odbiorców. Ja robiłem mu ostre wyrzuty, ostatecznie rozeszliśmy się z niczym, a w końcu zdołałem mu zniknąć z oczu i udałem się na Kaźmierz.

Weinberg przyjął mnie bardzo dobrze i przyrzekł interes załatwić jak najlepiej, bo na Pancera miał złość z czasów, kiedy był z nim w stosunkach handlowych. Zamówiłem na razie galar kamienia wapiennego, kilka beczek cementu i gipsu i, widząc, że kupiec jest porządny, dałem mu na rachunek 600 złr. Na to on zaprosił mnie do swego prywatnego mieszkania, pokazywał pokoje, porządnie umeblowane, i rzecze do mnie: „Niech pan nie myśli, że dla pochwały pokazuję swoje gospodarstwo; czynię tak dlatego, żebyś mnie pan poznał i pojechał spokojnie do domu, bo jak jestem kupcem, pierwszy raz mi się to przytrafia, że gospodarz, nie znając mnie, od razu powierza mi grubszą kwotę; w Krakowie dużo jest takich, którzy by w cztery oczy pieniądze odebrali i więcej byś ich pan nie widział”. Podziękowałem mu za dobre słowo i pożegnałem się.

Do domu wracałem też razem z Pancerem. W drodze zaczął się mnie żałować, że niepotrzebniem sobie parę reńskich stracił na podróż do Krakowa, na co mu odpowiedziałem, że wcale tego nie żałuję, bom Kraków widział. Nic zaś nie wiedział o tym, żem był u Weinberga i że zamówienie tam uskuteczniłem, tylko zauważył, że miałem nowy kapelusz. Gdy na drugi dzień spotkałem się w Tarnobrzegu z Żydkami, ci mi opowiadali, że Pancer śmieje się ze mnie, że chłop chciał jemu, kupcowi, robić konkurencję, ale nie umiał, bo zaledwo potrafił kupić sobie w Krakowie kapelusz, bo do tego tylko zdatny. I tak śmiał się dalej.

Tymczasem nie zeszło dwa tygodnie, a tu kupiec Pancerów z Krakowa donosi, że Weinberg wysyła galar kamienia wapiennego na imię Jana Słomki z Dzikowa. Pancer wartę postawił przy Wiśle, a gdy galar się zjawił, zapowiedział, że do lądu przybić nie wolno, bo lądy on zadzierżawił. Ja wtedy śpieszę do Wisły i pokazuję kwit ze dworu, leśni ustępują ze słowami: „Już wolno, bo jest kwit, podpisany przez samego hrabiego”. Pancer jedzie więc na komorę celną w Nadbrzeziu i prosi o zakazanie mi wyładowywania kamienia, tam odpowiadają, że Słomka ma pozwolenie z Dyrekcji. Innej przeszkody nie mógł już znaleźć.

Więc na drugi dzień raniutko przychodzi do mnie do domu i prosi na bok na rozmowę. Wyszliśmy razem do ogrodu i siedliśmy na trawniku. Tu długo przekonywał mnie, czego by na kilku arkuszach nie spisał, żebym od handlu wapnem odstąpił, nareszcie wyjął z kieszeni 300 złr, położył przede mną i rzecze: „Ma to pan za odstępne i nie rób mi pan konkurencji, a swoją drogą zapłacę też galar z towarem i wszystkie koszta wrócę panu do centa”. Ja się na to nie zgodziłem, mówiąc, że od nikogo nie lubię brać pieniędzy za darmo, to i od niego nie wezmę, więc on po krótkim namyśle dokłada jeszcze 100 złr i dalej mnie przekonywuje, potem dokłada jeszcze 100 złr: „Masz pan 500 złr” — powiada, a gdy i tego nie brałem, wyjął w ostatku jeszcze 100 złr, kładąc je przede mną na trawie. Dodawał przy tym: „Ale proszę, żeby nikt o tym nie wiedział, żem dał panu te 600 złr i koszta zwróciłem, boby drugi pojechał do Krakowa, aby znowu dostać za odstępne parę stówek”.

Ale ja ustąpić nie myślałem i powiedziałem, że im więcej dokłada, tym większą mam chęć do prowadzenia fabryki, bo musi to być dobry interes, skoro wart tyle odstępnego. A w końcu rzekłem: „Nie wezmę tych 600 złr i od interesu nie odstąpię, żebyś się pan dowiedział, że chłop potrafi nie tylko kapelusz kupić, ale i co innego załatwić” i wtenczas przypomniałem mu to wyśmiewanie mnie na mieście. Więc rozstaliśmy się stanowczo.

Ale przed rozpoczęciem wypalania czekała mnie jeszcze jedna trudność. Zacząłem stawiać tuż przy Wiśle na swoim gruncie dwa małe piece wapienne i jednocześnie wniosłem do starostwa podanie o pozwolenie, czyli koncesję, na wypalanie tam wapna. Ponieważ miejsce było odległe od wsi prawie na kilometr, więc byłem pewny, że prowadzeniu tam fabryki nikt przeszkodzić nie może. Jednak i to nie było łatwym, jak się zdawało. Pancer bowiem namową i pieniędzmi skłonił prawie wszystkich, którzy mieli grunta w sąsiedztwie budujących się pieców, że wnieśli do starostwa sprzeciwy, czyli protesty, że dym z fabryki będzie im plony wypalał i zarażał.

Wskutek tych protestów starostwo wyznaczyło komisję do zbadania sprawy na miejscu i tu została załatwiona pomyślnie dla mnie. Najwięcej poparł mnie jako rzeczoznawca Wojciech Kaliciński, ekonom z Wymysłowa, który udowadniał, że sąsiednie grunta nie będą odnosiły z fabryki wapna żadnej szkody, ale, owszem, pewną korzyść, bo popiół, zawarty w dymie, opadając na ziemię, będzie ją użyźniał. Drugi rzeczoznawca zgodził się na to samo. Wszczęła się sprzeczka między obecnymi, ale orzeczenia rzeczoznawców były decydujące, więc już bez zwłoki otrzymałem koncesję, a protestujący zostali odesłani na drogę prawa cywilnego. Jednakże żaden z nich zarzutów dalszych nie wnosił.

Przy wydawaniu koncesji starosta ówczesny, Jakubowicz, powiedział mi, że „koncesja z prawa mi się należy, bo miejsce pod fabrykę jest odpowiednie, a my Sybiru nie mamy, żeby tam fabryki stawiać”.