Więc zacząłem wypalać wapno, ale teraz czekała mnie najcięższa walka. Pancer bowiem, żeby mnie zniszczyć, zniżał ceny u siebie, tak że musiałem sprzedawać bez żadnego zarobku, on zaś w zaciekłości schodził nawet poniżej ceny fabrycznej. Żeby sobie ułatwić konkurencję z nim, sprowadzałem wszystkie materiały, które on miał na składzie, więc nie tylko kamień wapienny, ale także cement, gips, węgiel kamienny, koks kowalski, sól wielicką. Każdego z tych towarów starałem się mieć bodaj trochę na sprzedaż, żeby Pancer nie głosił, że u niego jedynie jest coś do nabycia i nie zmuszał do kupowania u siebie.
Kamień wapienny przychodził mi spod Krakowa, gdzie przy Wiśle sąg kubiczny kosztował 8 złr, a z dostawą do Tarnobrzega 40 złr, bo sam galar kosztował 120 złr i więcej, a w Tarnobrzegu można go było sprzedać na rozbiórkę najwyżej za 30 złr. Flisacy, dostawiwszy kamień, wracali do Krakowa pieszo.
W czasie walki konkurencyjnej z Pancerem ceny rzeczy, którymi handlował, spadły w Tarnobrzegu i okolicy prawie do połowy. Wapno, które przedtem Pancer sprzedawał po 3 złr cetnar, spadło na 1 złr 50 centów, koks kowalski, sprzedawany dawniej po 1 złr 50 centów, spadł na 80 centów za cetnar itd.
Największy był odbyt na wapno i koks, najmniejszy na węgieł kamienny, który był używany na opał tylko w niektórych domach urzędniczych, ogół zaś ludności używał jedynie drzewa opałowego i węglem kamiennym bał się palić. Wapno szło najwięcej na wielkie święta, na bielenie domów. Sprzedaż prowadziłem u siebie w domu przy pomocy dzieci i w dnie targowe miewałem nieraz wielką ciżbę ludzi na oborze. Wapno wysyłałem też na sprzedaż furą po wsiach okolicznych, dostarczałem go też w większej ilości na budowę kościoła w Padwi, do dworu w Grębowie itd.
Pancer robił mi konkurencję do ostatka, bo się zaprzysiągł, że mnie musi zgnębić i puścić — jak mówił — bez portek. Jednakże ja żyłem z gruntu i mogłem wytrzymać bez zarobku i handlu, on zaś żył tylko z gotówki, walka więc, która trwała między nami przez pięć lat od roku 1883, skończyła się tak, że Pancer stracił gotówkę, jaką posiadał, i umarł prawie biedny, ja też dołożyłem na czysto kilka stówek, nie licząc tego, com się przez ten czas napracował, ale przy swoim gospodarstwie utrzymałem się. Innego wyjścia nie było, bo konkurencja była narzucona, trzeba było bronić się do ostatka.
Strata moja wynikła nie tylko z tej silnej konkurencji, ale ostatecznie także z tego powodu, że w ostatnim roku straciłem przy sprowadzaniu kamienia wapiennego. Zaryzykowałem wtedy pod zimę sprowadzić dwa galary. Retman201, pijaczyna, zajechał po pijanemu niedaleko za Niepołomicami w taki kąt na Wiśle, że nie mógł stamtąd galarów wyciągnąć i wszystkiego odszedł. Tymczasem Wisła zamarzła, kamień ludzie przez zimę rozkradli. Tyle mnie kosztowała wódka tego retmana. Wytoczyłem mu proces i wygrałem. W tym czasie jednak umarł, została po nim żona z sześciorgiem dzieci, których nie chciałem z majątku wydziedziczać, bo ojciec zostawił im niewiele, i tak od wszystkiego odstąpiłem.
W końcu wypalanie wapna nie opłacało się, bo nastała kolej do Tarnobrzega i można było sprowadzać wapno gotowe z Krakowa, a wypalanie u nas drzewem kosztowało bez porównania drożej niż w Krakowie węglem. Mimo że wapno wypalone drzewem było znacznie lepsze i wydatniejsze niż wypalone węglem, jednak każdy wolał kupić gorsze, aby taniej; chociaż do dziś dnia niejeden wspomina, „że nie było to, jak u Słomki kupować wapno”, i dopytują się, czy nie będę jeszcze handlował, tak im ta konkurencja moja z Pancerem zasmakowała.
*
W owym czasie przystąpiłem w porozumieniu z sąsiadami do założenia Kółka Rolniczego w Dzikowie i pod firmą Kółka prowadziliśmy sklepik głównie z artykułami spożywczymi. Sklepik ten jednak już po roku zaczął upadać wskutek nadużyć popełnianych przez jednego z członków zarządu. Żeby nie dopuścić do zupełnego zwinięcia tego pierwszego handlu chrześcijańskiego w Dzikowie, wziąłem go na siebie i zatrudniałem w nim przez szereg lat po kolei dwie córki, potem wnuczkę. Sklepik jednak nie mógł się należycie rozwinąć z powodu bliskości miasta z mnóstwem handlów żydowskich i silnej z ich strony konkurencji. Ludność, nawykła odwiecznie do sklepów żydowskich, ciągnęła zawsze do miasta i w sklepie chrześcijańskim można było mieć większy utarg jedynie w soboty i święta żydowskie. W prowadzeniu sklepiku najuciążliwsze były zawsze borgi, tj. skłonność ludności do pobierania towarów na kredyt, do czego przez Żydów była przyzwyczajona. Przy tym ujawniał się brak słowności i rzetelności w regulowaniu należytości, tak że niektórzy dotychczas długu w sklepiku nie zapłacili i już pewnie nie zapłacą. Zarobek na sklepiku był bardzo nieznaczny, ale w każdym razie nie było straty.
*