Podówczas więc około roku 1890 płaciłem siedem gatunków podatków, a mianowicie: trzy zarobkowe, tj. z cegielni, z wapniarni i ze sklepiku, nadto gruntowy, od wynajmu domu, czyli czynszowy, domowo-klasowy i czysto dochodowy. Wynosiły one rocznie razem z dodatkami przeszło 250 złr.

Najuciążliwszym z tych podatków był czynszowy, bo rząd nie pytał się, skąd wziąłeś pieniądze na budowę domu, ale wymierzał podatek słony, tak że po zapłaceniu podatku czynsz nie wystarczał na procent od kapitału, pożyczonego na budowę. Toteż chcąc wyzwolić się od takiego podatku, sprzedałem w końcu dom nawet ze stratą i zaraz wniosłem podanie o odpisanie mi podatku czynszowego. Ale mimo to ciągle jeszcze zachodził do mnie egzekutor i przynosił to kartę upominającą, to edykt licytacyjny, a w urzędzie podatkowym zawsze mnie uspokajano, że „podatek w odpisaniu i wstrzymuje się fantowanie” — i to trwało siedem lat.

*

Od czasu odbycia pierwszej podróży do Krakowa w sprawie zakupna kamienia wapiennego często już potem wypadało mi wyjeżdżać z domu w różnych sprawach. Kraków był pierwszym większym miastem, jakie widziałem, toteż po wejściu do miasta miałem wrażenie, że w tym lesie ulic niepodobna się wyznać. Jednakże później, gdym się dobrze po mieście rozpatrzył, widziałem, że nie tak trudno poznać jego rozkład, i dochodziłem wszędzie sam bez przewodnika, a najwięcej ułatwiało mi rozpoznanie się w mieście to, że umiałem czytać napisy ulic.

Jak w każdym większym mieście, nie brak i tam wyrzutków, polujących na ludzi dobrodusznych, a zwłaszcza na ludzi wsiowych, o czym się przekonałem.

Ale poznałem w Krakowie także ludzi dobrych, życzliwych, jak najlepsi przyjaciele, a również sam Kraków tak pokochałem, to czułem się w nim jak w swojej wsi rodzinnej i pragnąłem stale tam zamieszkać. Bywałem później nieraz we Lwowie, ale tamto miasto, choć większe, wydawało mi się zawsze smutne i mniej przyciągające.

*

Jeździłem również parę razy na Ruś do powiatu kałuskiego, dokąd koło roku 1890 i później wyszło wiele rodzin z Dzikowa i innych wsi okolicznych.

Jedni emigrowali, choć mieli tu ładne posiadłości sześcio-, ośmiomorgowe, ale przez pijaństwo, zaniedbywanie gospodarstwa itp. zabrnęli nieopatrznie w długi i nie mogli się już utrzymać przy swoich zagonach, sprzedali więc tu gospodarstwo, długi spłacili i poszli nabywać więcej gruntu na Ruś, bo tam więcej niż o połowę był tańszy. Poza tym emigrowali tacy, którzy tu mieli nie więcej jak dwa, trzy morgi i pomimo ciężkiej i najlepszej pracy nie mogli się z tego gruntu wyżywić, zwłaszcza gdy dzieci przybywało i podrastały; tacy, dowiadując się, że na Rusi za jedną morgę sprzedaną u nas kupi trzy do czterech mórg, sprzedali, co mieli, i poszli także na Ruś na większe gospodarstwa.

O ile słyszałem, tak od naszych emigrantów, jako też ich rodzin, to tylko niektórzy z nich los sobie poprawili, a to — jak opowiadali — z następujących przyczyn: pobrali na wypłatę więcej gruntów, niż ich stać było, a brak tam było na razie kredytu, przeto nie mogli przyjść prędko do budynków gospodarskich, do inwentarza żywego itd.; nawiedzały ich tam często zaraz z początku klęski elementarne202: grad, myszy, które w niektórych okolicach były gorsze od gradu; cierpieli też wskutek nienawiści Rusinów itd. Wskutek tego niektórzy nawet przy mozolnej pracy więcej się nabiedowali niż u nas wyrobnik, a do dziś dnia jedni się wydźwignęli i zagospodarzyli, inni dalej biedują.