Poszło też tam i moich dwóch szwagrów i jeden osiedlił się w Łukowcu, a drugi we wsi Dołha Wojniłowska w powiecie kałuskim. Ponieważ zawsze ciągnęła mnie chęć odwiedzić ich na nowych gospodarstwach, więc w parę lat po ich wyjeździe stąd wybrałem się po raz pierwszy w roku 1894 w tamte strony.

Już koło Lwowa zauważyłem różnicę między tamtejszymi a naszymi okolicami: z okna wagonu widać było liche domy chłopskie i kiepską gospodarkę w polu; już dawno było po żniwach, a zboże stało jeszcze w polu w mendlach203. I na ludziach znać było biedę.

Przyjechałem do szwagra do Łukowca, widzę również tylko biedę. Wchodzę do domu — były to przedtem pańskie pokoje, a wtedy siedziało tam kilka rodzin chłopskich — widzę wszystko zniszczone, nikt nawet dachu nie poprawia, bo nie wie, który kąt jego, mają się tym dopiero dzielić, ale tymczasem, gdy deszcz przyjdzie, każdemu na głowę kapie. Idę do stajni — jest wielka, ale drzwi są jakby od parady tylko, bo i pod przycieś można krowę wyprowadzić. W każdym kącie i wszędzie okazywała się „ruska bieda”. Idziemy w pole — zdaje mi się, że grunt dobry, nawet lepszy niż u nas, a miejscami widać jeszcze ładne jarzyny.

Ale cóż się dzieje? To, co zebrane, leży na obejściu w kopkach, kiepsko złożonych, deszcz na to leje i wszystko gnije. Widzę nawet, jak Rusin na obejściu pod otwartym niebem zboże młóci, to znowu, jak Rusinka wyszła na drogę i przetakiem zboże przesiewa; plewy lecą z wiatrem, gdy u nas za nie drogo się płaci.

To znowu patrzę, koło dziesiątej godziny przed południem jedzie fura, a na niej muzyka gra. Pytam, co to za wesele, a szwagier mówi, że to pańska fura zbiera ludzi do roboty w polu; powiadają, że inaczej by Rusin nie poszedł w pole robić, gdyby po niego z muzyką nie zajechał. Myślę sobie, już się tu ten pan na takich robotnikach zbogaci, że wnet ze dworu uciekać musi.

Pytam się szwagra: „Dlaczegoście na to zboże choć szopy z dachem nie postawili?”. Odpowiadają mi: „Nie ma na to pieniędzy, nie ma gdzie pożyczyć, a zresztą Rusiny tu szop nie mają, choć dawniej gospodarzą”. Powiadam im tedy: „Bierzcie się zawczasu gospodarzyć na polską modę, nie zapatrujcie się na Rusinów, bo inaczej ze wszystkim zginiecie. Jest las blisko i drzewo tanie, postawcie więc choć jakie takie szopy na zboże; bo obecnie nie robicie nawet tak, jak było w Starym Testamencie, w owych czasach bowiem rolnik co najlepsze plony palił na ofiarę, a wy je teraz bez pożytku gnoicie”. I tak im nagadałem, co tylko mogłem.

Pojechałem następnie do drugiego szwagra do Dołhy Wojniłowskiej, ale tam zastałem kolonistów już w lepszym ładzie, zabudowania mieli popostawiane już mniej więcej po polsku. Gdzieniegdzie wprawdzie pokazywał się jeszcze brak tego lub owego, ale się to wszystko dało wytłumaczyć tym, że to dopiero początek w dorobku na gospodarstwie.

Po kilku latach, mianowicie w roku 1902, byłem znowu w tamtych stronach, ale już i u szwagra w Łukowcu zastałem lepszy stan — budynki odpowiedniej urządzone, tak że to wyglądało już na jakie takie gospodarstwo. Ale znowu nowa zaczęła się bieda, bo szwagier, nie kontentując się ośmioma morgami, jakie miał z początku, sprzedał je, a kupił w tej samej wsi 27 morgów karczunku po 700 koron za morgę dosyć dobrej ziemi. Mówię mu: „Za dużoście tego pola nabrali, do śmierci się nie wykopiecie z długów”. A szwagier powiada: „Wziąłem na wypłat, dzieci poślę do Ameryki, ażeby tam coś zarobiły, a ja na miejscu będę pracował, jak będę mógł, by dzieciom zostawić po sobie pamiątkę”.

Pomyślałem sobie: to już taka natura każdego zamiłowanego rolnika, że choćby się miał przedwcześnie do ziemi zakopać, to będzie pracował, aby tylko kawałek tej świętej ziemi przykupić.

W czasie tych drugich odwiedzin zauważyłem, że się na Rusi gospodarstwa włościańskie na ogół podnoszą, bo i Rusini uczą się od polskich chłopów lepiej pracować i gospodarzyć.