Wreszcie byłem na Rusi w roku 1912 i odwiedziłem znowu szwagrów w Łukowcu i Dołże Wojniłowskiej. Obie wsie dobrze już były zabudowane, miały przeszło po sto numerów, samych chłopów polskich. Łukowiec stanowił osobną gminę polską. W obu były kościółki i księża stale.
Jak tam zauważyłem, bardzo to jest dobrze, gdy kościół jest w miejscu, bo ludzie mają do kościoła blisko (kościół zbliża się do ludzi), ksiądz zna dobrze swoich parafian. Księża mimo to w tych małych parafiach mają dostateczne utrzymanie. U Rusinów w każdej wsi jest cerkiew nieduża, ale na jedną wieś wystarczy. I księża ruscy stanowią największą siłę u Rusinów.
W kościele w Łukowcu dałem na mszę świętą za duszę śp. siostry swojej, zmarłej tam w roku 1910.
*
W różnych czasach bywaliśmy też z żoną w Królestwie Polskim za Wisłą u krewnych — ostatnim razem w roku 1882 — a byliśmy tam proszeni na wesela do Radowęża i Sośniczan. Wesela tamtejsze trwały — podobnie jak i u nas dawniej — cały tydzień, a z tego mi się najwięcej podobały, że każdy bawił się tam spokojnie, nie widziałem, żeby się kto bił, albo wadził, choć był podochocony. Nie było żadnych innych trunków, tylko wódka, którą pili w takiej prawie ilości, jak u nas pije się piwo. Więc nade mną stryjowie prawie płakali, jak ja mogę żyć, że wódki nie piję, i częstowali mnie za to herbatą tak, że aż się pociłem, a sprosić się było trudno.
Przypatrzyłem się tam, że są nadzwyczaj gościnni, bo nawet całkiem przygodnych gości przyjmowali i nie kieliszkiem, ale szklanką lub garnuszkiem wódką raczyli.
Przyszedł na przykład Żyd krawiec z ubraniem dla panny młodej, wzięli go zaraz do komory na poczęstunek. Patrzę, niezadługo wychodzi stamtąd dobrze podochocony, śpiewa i idzie do tańca, i bawił się na weselu aż do drugiego dnia. Przyszedł znów dziad po prośbie, biorą go również do tej komory, częstują, i ten także wychodzi stamtąd pijany, zatacza się w prawo, w lewo, wreszcie wywrócił się w samych wrotach w poprzek. Było z tego powodu wesołe widowisko z bydłem, gdy wracało do domu z pastwiska. Co która krowa zbliżyła się i spojrzała na dziada leżącego z brodą do góry, to beknęła i w tył odskoczyła, a drugie za nią, jak na komendę. I to kilkakrotnie powtarzało się, aż wreszcie najmłodsza jałówka beknęła przeraźliwie i hul przez dziada, a inne za nią — wszystkie skakały tak zgrabnie, że ani jedno bydlę dziada nogą nie potrąciło.
Przypatrzyłem się też, że tam konie lepiej jeszcze wesele rozumiały, niż nasze. Jakeśmy jechali do ślubu do Koprzywnicy, to nie widziałem, żeby kto konia batem uciął, tylko mu zaśpiewał, to koń szedł równo z wiatrem. A nawet konie tamtejsze, a właściwie kobyły (bo mieli tam dobre pastwiska i klaczy dużo na przychówek chowali) miały swoje śpiewki, które do nich odnosiły się i one je rozumiały, nie dały się zawstydzić i szły bez bata.
Wesele w Radowężu odbywało się zaraz przy Wiśle, więc była tam warta moskiewska, mająca strzec, ażeby weselnicy wódki galicyjskiej nie pili. Co dwie godziny starszy przyprowadzał na zmianę po dwóch Moskali z gwerami i stawiał ich przed sienią. Ale ledwie się oddalił, Moskale rzucali w kąt gwery, a brali się razem z gośćmi weselnymi do wódki i prosili o „galicjankę”, bo była mocniejsza od tamtejszej. I wszyscy pili tylko galicyjską wódkę, którą gospodarz wynosił gościom z dobrego schowania, a tamtejsza wódka była tylko na pokaz.
Ostatnim razem byliśmy na weselu w Sośniczanach, blisko milę od Wisły. Tam również bawili się ludzie ładnie i z ochotą i wszystko mnie to zajmowało i cieszyło, że wszyscy garnęli się do nas, jako gości zza Wisły, z wielkim przywiązaniem, i stryjowie na krok nas nie spuszczali z oka.