Ale jednego dnia późno z wieczora, gdy zabawa szła w najlepsze, weszło do izby dwóch nowych ludzi i zaraz zauważyłem, że wszyscy goście zaczynają się chyłkiem wynosić, tak że niebawem w izbie było całkiem przestronno. Tych zaś nowych przybyszów gospodarz zasadził za stołem, stawiał przed nimi picie i jedzenie, więc byłem przekonany, że to jego najlepsi przyjaciele przybyli z dalsza. Podniosłem się z miejsca za innymi i poszliśmy z żoną do stryja na nocleg.

Wchodzimy na obejście, a stryj stoi przed domem z wielkim kołkiem w ręku. Pytam się: „Dlaczegoście tak wcześnie z wesela wyszli?”, a stryj odpowiada przyciszonym głosem: „Idźcie oboje do izby, bo ja już całą noc spać nie będę. Widzieliście tych dwóch na weselu, to są największe złodzieje i rabusie! Przyszli wypatrzeć, kto się bawi na weselu, a są w zmowie z drugimi, którym daliby znać, kogo mają okraść i obrabować. Dziś już nie tylko ja, ale nikt we wsi spać nie będzie, każdy musi strzec swego obejścia”.

Na drugi dzień po śniadaniu poszliśmy znowu na wesele, patrzę, a ci dwaj siedzą jeszcze za stołem, piją i jedzą, a każdy ze schodzących się gości sprzyja im, wita się z nimi i chce się do nich napić. Dopiero koło południa, jak już dobrze byli opasieni, podnieśli się z ławy i zabierali do odejścia, wszyscy się z nimi bratali, gospodarz domu nałożył im w torbę na drogę wódki i przekąsek, i całe wesele z muzyką wyprowadziło ich za wieś.

Wtedy zaczęliśmy rozmowę o nich, i mówię do siedzących koło mnie: „To wy się tu tak ze złodziejami obchodzicie? To u was raj dla złodziejów!”. I opowiadam, że u nas za Wisłą złodzieje takiej wolności nie mają, że niebezpiecznym złodziejom nie wolno się z miejsca pobytu wydalać itp. A oni na to mówią, że się nie mogli inaczej z tymi rabusiami obejść, bo gdyby się źle obeszli, to ci pomściliby się za to: mogliby ich podpalić, a nawet życia pozbawić, więc lepiej z nimi nie zadzierać; rząd zaś moskiewski mało przed złodziejami chroni, a nawet strażnicy bywają w spółkach z nimi. Rzekłem tedy, że przy takich porządkach nie chciałbym tu siedzieć i gospodarzyć i wolę nasze zawiślańskie urządzenia.

Byłem też w innej stronie Królestwa Polskiego, mianowicie w b. guberni lubelskiej, w odwiedzinach u przyjaciela mego śp. Józefa Langa. Był on przedtem w Tarnobrzegu i znany był jako najlepszy stolarz i z uczciwych zasad, i tu poznaliśmy się i pokochali nawzajem jak najlepsi przyjaciele, i nieraz spędzaliśmy wolne chwile na miłych pogawędkach. Ale po pewnym czasie przeniósł się do Królestwa, gdzie w powiecie janowskim w Księżomierzy kupił ładną realność, mianowicie dom w dobrym stanie, zabudowanie gospodarskie i 14 morgów gruntu w jednym kawałku, a dał za to wszystko coś około 1000 rubli, czego by u nas wtenczas nawet za 6000 reńskich nie kupił.

Przykre było moje rozstanie się z nim, gdy wyjeżdżał do Królestwa, ale gdy mi list przysłał i opisał swoje gospodarstwo, ucieszyłem się, że przynajmniej powodzi mu się nieźle, i postanowiłem odwiedzić go, a zarazem zwiedzić tamtejsze strony. Wyjechaliśmy tam razem z żoną, do Sandomierza wozem, dalej statkiem wodnym do Rachowa, a stąd szliśmy pieszo. Podróż ta należy do najprzyjemniejszych w moim życiu: ze statku widać było ładne brzegi Wisły i miałem się wkrótce zobaczyć z przyjacielem po paru latach niewidzenia.

Do Księżomierzy przyszliśmy pod wieczór. Jakie było nasze przywitanie się z Langiem, jego żoną i dziećmi, to opisać trudno, na samo wspomnienie łzy się do ócz cisną. Byliśmy tam trzy dni i cały prawie ten czas zeszedł nam na pogadankach, i to bez kieliszka, na sucho, bo wódki obaśmy z Langiem nienawidzili i nie pili.

Zwiedziłem też tamtejsze gospodarstwa, ale widać było, że były prowadzone licho, na starą modę. Wprawdzie u Langa w polu była uroda, bo grunt już znawoził, więc miał ładne żyto, pszenicę, koniczynę, buraki, ale obok u jego sąsiadów widać było w znacznej części ugory, na których się tylko jakiś chwast czerwienił. Pytam się gospodarza, który nam w polu towarzyszył: „Na co ten ugór trzymacie bez pożytku?”. A on powiada, że, jak się przeugorzy, to będzie siał żyto. „A dlaczego — pytam się dalej — pola nie nagnoicie, tylko ugorzycie?” A on na to, że jego ojciec i dziadek nie gnoił, a wyżył, to i on jakoś wyżyje.

Opowiadał też Lang, jak oni gospodarowali. Gospodarz na dziesięciu albo piętnastu morgach gruntu chował zazwyczaj jedną tylko krowinę, dwie szkapy — Boże ratuj — jakieś prosię i tyle; słomę sprzedawali i gruntu nie gnoili. Lang był im niemiły, ponieważ gospodarował na nowy sposób, miał ładne urodzaje i dorabiał się.

Miał też nieprzyjaciół dlatego, że ganił tamtejsze szkodliwe zwyczaje. Był tam jeszcze zwyczaj, że kto dał na mszę, to zapraszał na nią po wsi, a po nabożeństwie szli prosto do karczmy i do wieczora pili tak, że niektóre żony w koszyku obiad przynosiły i brały ze sobą dzieci, i wszystko razem piło. Nawet i ksiądz przychodził na tę zabawę i pił z nimi. Tak prawie każdego dnia po nabożeństwie odbywała się taka pijatyka, dziś urządzał ją jeden, jutro drugi. Lang zwalczał ten zwyczaj, to go oskarżyli do guberni, że on lud buntuje.