W końcu nie mógł się tam utrzymać, bo i z guberni dostał nakaz, żeby jako obcy poddany wyjechał za granicę, musiał więc sprzedać wszystko za bezcen i powrócił z familią do Tarnobrzega, gdzie założył warsztat stolarski i dorabiał się razem z dziećmi do samej śmierci. Obecnie dzieci idą śladem ojca i uczciwie pracują na kawałek chleba. Daj Boże, więcej takich ludzi!
W czasie kilkakrotnych odwiedzin w Królestwie i z opowiadań zawiślaków, zatrzymujących się często w różnych sprawach w Dzikowie, poznałem nie najgorzej tamtejsze stosunki. Grunt tam był tani i artykuły spożywcze, były fabryki i lud miał dość zarobku na miejscu. Żydzi mniej się panoszyli niż w Galicji, podatki mniejsze, ale z drugiej strony w rządzie były wielkie nieporządki i nie było sprawiedliwości, działy się kradzieże i rabunki, jakie u nas już dawno ustały, drogi takie, jak u nas za dawniejszych czasów, rzeki nieuregulowane, oświata polska i religia katolicka była prześladowana. Toteż lud z nienawiścią odzywał się o rządzie tamtejszym, obwiniając go o to złe w kraju.
*
Nigdy nie żałowałem wydatku na podróże, bo przez nie można było nabrać wiele oświaty i ochoty do pracy. Bywałem też z żoną na wszystkich wielkich uroczystościach narodowych, jakie odbywały się w ostatnich dziesiątkach lat zwłaszcza w Krakowie. W roku 1883 byłem w Krakowie na uroczystości dwusetnej rocznicy odsieczy Wiednia przez króla Jana Sobieskiego, w roku 1890 na uroczystości przeniesienia zwłok Adama Mickiewicza na Wawel, w roku 1894 byłem na pierwszej wielkiej wystawie krajowej we Lwowie, w roku 1910 na uroczystości grunwaldzkiej w Krakowie. Nadto, ponieważ brałem udział w życiu obywatelskim, często wypadało mi wyjeżdżać w deputacjach w sprawach powiatowych, parafialnych, gminnych, gospodarczych i politycznych do Lwowa, Krakowa, Przemyśla itd.
*
W domu miałem błogosławieństwo Boże. Od roku 1861 do 1885 żona powiła siedem córek i pięciu synów, z tego dwoje zmarło w niemowlęctwie, dwoje już w latach młodzieńczych, wychowało się zaś ośmioro, tj. trzech synów i pięć córek.
W miarę tego, jak Pan Bóg dawał dzieci, zastanawiałem się, jak im przyszłość zabezpieczyć. A że gruntu i dla jednego byłoby niewiele, więc postanowiłem każdemu dać naukę, do jakiej które było chętne i zdolne. Ponieważ na miejscu była już dobra szkoła ludowa, więc przede wszystkim posyłałem jedno za drugim do tej szkoły tak, że każde ukończyło w Tarnobrzegu szkołę czteroklasową, która później została zamieniona na siedmioklasową. Następnie pięcioro kształciło się dalej w Krakowie, mianowicie: jeden z synów ukończył gimnazjum i uniwersytet, drugi wykształcił się w malarstwie dekoracyjnym; z córek jedna ukończyła seminarium nauczycielskie, dwie wykształciły się w krawieczyźnie. Najstarszy z synów jest sekretarzem gminnym i posiada ładny ogród z pasieką.
Z czasem wszyscy synowie pożenili się, córki powychodziły za mąż, jedna poświęciła się stanowi zakonnemu, Mam obecnie 22 wnuków i wnuczek, a zaczynają przybywać prawnuczki. Jeden z najmłodszych wnuków urodził się w 1925 roku a chrzestnym ojcem jego jest Roman Dmowski204.
Do niedawna kształcenie dzieci w szkołach było tu bardzo utrudnione, bo trzeba je było posyłać stąd do szkół średnich w Rzeszowie, Tarnowie, Krakowie i innych większych miastach, w okolicy bowiem takich szkół nie było.
Również i wykształcenie w rękodzielniczych zawodach jeszcze przed dwudziestu laty nie było tak łatwe, bo zawody te z małym wyjątkiem stały jeszcze w powiecie nisko i lepszej nauki można było nabyć tylko w większym mieście. Obecnie i to się zmieniło, bo już na miejscu wszystkie rękodzieła dobrze się rozwinęły i jest też szkoła przemysłowa wieczorowa dla praktykantów.