Tak więc, mając z początku tylko cztery morgi gruntu, pomnożyłem znacznie mój majątek i wychowałem liczną rodzinę, dałem każdemu stosowną naukę i zabezpieczenie na przyszłość. Niektórzy patrząc na to, mówili, że gotówka z nieba im spada, i mieli mnie za bogatego, za bogatszego nawet, niż byłem w rzeczywistości.

W czasie największego rozkwitu gospodarstwa miałem 13 morgów gruntu, dom murowany, obszerne budynki gospodarskie, jak: dwie stodoły, stajnie, dwie szopy; odpowiednią ilość inwentarza żywego, mianowicie parę koni, cztery krowy, po kilka sztuk trzody chlewnej, drób. W gospodarstwie prócz żony i dzieci pracował stale parobek i dziewczyna, nadto najemnicy w czasie żniw, kopanek, młocki itp. Przy tym w ruchu była cegielnia, wapniarnia, sklepik i w przedsiębiorstwach tych również spora gromadka ludzi pracowała.

*

Powodzenie moje polegało na tym, że słuchałem światlejszych ludzi, zwłaszcza czytając gazetki i książki, i że nie poprzestawałem na samej tylko roli, z której dochód niewielki, ale w miarę możności brałem się też do innych przedsiębiorstw. Nie szedłem więc za owczym pędem, który na wsi panuje, a polega na tym, że wszyscy grzebią się tylko w gruncie, i to przeważnie licho, i nawet powiedzieć sobie nie dadzą i zrozumieć tego nie chcą i nie starają się, że źle robią i kiepsko gospodarzą i jaka gospodarka byłaby lepsza. Co jeden robi, to robią wszyscy inni, i jak gęsi idą za sobą, i mało jest takich, którzy by na coś nowego się odważali, coś nowego wymyślali i robili, i szli w ten sposób do lepszej przyszłości.

Przy tym lubiłem zawsze prosty, zdrowy wikt i miałem zdrowie i siły do pracy. Nieznana mi była rozpusta, nie hołdowałem pijaństwu, nie paliłem tytoniu, nie trwoniłem czasu na gry w karty itp.

Unikałem też zawsze w życiu wszelkich procesów. Nie wnosiłem np. nigdy skargi z powodu kradzieży, które w takich interesach jak cegielnia, wapniarnia musiały się trafiać, bo myślałem sobie, że i tak będę miał więcej niż złodziej, i jestem przekonany, że mniej przez to ponosiłem szkody niż ci, którzy o lada drobnostkę procesują się.

Nie skarżyłem też takich, co z jakiegokolwiek powodu robili na mnie plotki i rzucali obelgi i nawet donosicieli o tym słuchać nie chciałem. I lepiej na tym wychodziłem niż tacy, którzy zaprzątają sądy „pyskówkami” i chcą czyścić swój honor przez adwokatów.

W sądach stawałem głównie w charakterze świadka, zresztą jako opiekun, kurator, sędzia przysięgły i w sprawach gminnych.

Za to nawiązywałem chętnie z ludźmi przyjacielskie stosunki i służyłem każdemu radą i pomocą. W wielu domach byłem chrzestnym ojcem i dziś nie mogę nawet zliczyć dokładnie ilu, ilu mam wszystkich chrzestników. Opiekunem byłem i jestem pewnie w dwudziestu domach. Zawsze zostawałem opiekunem, gdy w rodzinie kto umarł, więc nad dziećmi po stryjku Jacku, po bracie Antonim itd. Opiekuństwo zaś, choćby w skromnym zakresie spełniane, wymagało nieraz dosyć czasu i pracy — trzeba było pozostałej rodzinie pomagać radą, pamiętać o realnościach sierot, zastępować je w sądzie itd.

Kuratorem bywałem też dziesiątki razy z ramienia sądu w sprawach cywilnych, gdy np. miejsce pozwanego było nie znane. W takich razach stawałem na terminie i starałem się pozwanego odpowiednio zastąpić.