Nagle w roku 1905 starostwo rzeźnię tę zamknęło; uzasadniając to tym, że nie odpowiada rzekomo wymogom ustawowym, w rzeczywistości jednak stało się tak skutkiem ustawicznych zabiegów o to gminy tarnobrzeskiej. Rzeźnię zamknięto, niby tymczasowo, w rzeczywistości nie dopuszczono już do jej otwarcia. Handel mięsem został przez to zabagniony, bo rzeźnicy tarnobrzescy, pozbywszy się konkurencji, nie dbali o porządną obsługę swoich odbiorców, i z tego powodu ustawiczne były narzekania.

Jest to przykład, jak władze zwierzchnie traktowały sprawy gmin włościańskich, a przykład taki nie zachęcał do tworzenia przedsiębiorstw gminnych.

Pastwiska gminne w Dzikowie po uregulowaniu serwitutu w roku 1868 i późniejszych nabytkach za mego wójtostwa wynoszą razem 83 ha. Mają one wszędzie granicę dokładnie rowem oznaczoną, nikt więc gminnego nie może sobie przyorać, co tak często dzieje się po gminach, gdzie granice pastwisk nie są uregulowane. Drobne nieużytki gminne przy drogach zostały rozprzedane, a obecnie zamienione są bądź na ładne miejsca budowlane, bądź włączone do przyległych pól, tak że dziś we wsi nie ma piędzi ziemi leżącej bezużytecznie.

Pastwisko dla koni wypędzonych na paszę w nocy jest osobne i ogrodzone. Przedtem gospodarze byli zmuszeni każdy swoje konie całą noc paść i dozorować, a mimo to i tak mieszkańcy byli narażeni na szkody polne; teraz zaś od roku 1892 szkody w polach rzadziej się trafiają: gospodarz wyprowadza konie na noc, zapiera za sobą wrota pastwiska, wraca do domu i może spać spokojnie. Młodzież dzisiejsza już tylko z opowiadania starszych dowiaduje się o dawniejszych poniewierkach w nocy „za końmi”.

Za dnia wszystko bydło ze wsi pasie obecnie paru poleconych z gminy pastuchów, wynagradzanych od sztuki po 4–5 zł za całe lato, podczas gdy dawniej — jak już pisałem — z każdego domu musiał być pastuch. Ale i dzisiaj po innych wsiach utrzymał się jeszcze ten zwyczaj, że z każdego domu wysyła się dziecko przez całe lato za bydłem i nie zważa się na to, czy dziecko nie zaniedbuje przez to nauki szkolnej i czy się na pastwisku nie psuje.

Co do pastwiska, wprowadzona u nas jedna jeszcze, może najważniejsza nowość, mianowicie: części pastwiska dające lichą trawę wydzierżawia się przez licytację mieszkańcom gminy pod rolę. Zadowoleni są z tego zwłaszcza chudobniejsi, niemający gruntu lub mający go niewiele (a takich najwięcej w każdej wsi), bo w ten sposób dochodzą do kawałka ziemi i mogą sobie coś zasadzić czy zasiać. A jak dawniej trudno było tę nowość przeprowadzić (bo ogół włościański wszędzie jest jeszcze przeciwny nie tylko znoszeniu, ale nawet zmniejszaniu pastwisk), tak obecnie nie można by jej znieść bez wywołania niezadowolenia we wsi, uznano ją bowiem za dobrą i konieczną. Korzyści tu bowiem widoczne dla każdego: ziemia, niewydająca przedtem trawy nawet dla kilku krów, obecnie zorana daje nie najgorsze plony; chleba we wsi przybyło i gmina ma dochód z dzierżawy, a obraca go na spłatę długu, zaciągniętego na przykupienie pastwiska.

Drogi we wsi są w miarę możności regulowane, prostowane i rozszerzane, po bokach urządzane ścieki i chodniki. Istniejące dawniej doły przydrożne i kałuże zostały osuszone i zniesione. Dawniej w niektórych miejscach we wsi bywało takie błoto, że próżnym wozem trudno było przejechać: wozy po osie grzęzły w błocie, słychać było często przeciągłe nawoływania jadących — „a wio, a nuże!” — konie, ciągnąc z całej siły, rwały postronki. Nieraz drągami trzeba było wóz podważać, żeby koniom ulżyć i wóz z błota wydobyć. Woda, stojąca w dołach, zatruwała powietrze w pobliskich domach. Dzisiaj to wszystko starsi tylko pamiętają, młodsi zaś słuchają o tym jak o historiach nieprawdopodobnych.

A przecież i dziś jeszcze po wielu wsiach spotyka się podobne błota i bełtogi, a ludność to cierpi u siebie i kałuże np. uważa za wygodne we wsi, bo „dobrze — jak mówią — że się bydlę ma gdzie napić wody”; nie chcą wiedzieć, że i dla bydła woda taka szkodliwa, i poić się je powinno dobrą, czystą wodą.

W radzie gminnej istnieje teraz osobna komisja drogowa, która ma za zadanie w dalszym ciągu prostować i rozszerzać drogi gminne. Ponieważ wieś się ciągle rozrasta, więc obecnie daje się uczuwać potrzeba wycięcia nowych dróg i obmyślenia planu dalszego rozwoju wsi.

Najmłodszym przedsiębiorstwem gminnym jest cegielnia, założona na pastwisku. Urządzenie tej cegielni, to jest wybudowanie pieca na wypalanie cegły, kieratu do rozrabiania gliny, szop do suszenia surówki, domu dla strycharza kosztowało przeszło 8000 koron. Cegielnia istnieje od roku 1900, jest nadzorowana przez osobną komisję gminną i zapowiada na przyszłość dochód i wygodę dla mieszkańców gminy. Obecnie bowiem o drzewo na budowę coraz trudniej (a w niektórych stronach dostać go już nie można), więc musi wchodzić w użycie inny materiał budowlany — cegła.