Koni nikt nie chciał kupować, gdyż brano je ciągle do podwód i gospodarz je tracił, bo albo wcale nie wracały, albo wracały wyniszczone, chore. Kupowano tylko od wojskowości po kilka koron konie chore, niezdatne już do żadnej służby wojennej. Konie takie zostawiała też wojskowość po wsiach za darmo; wiele z nich zdychało. Takie tylko konie utrzymywały się przeważnie u gospodarzy. Z koni wojskowych najmniej wytrwałe okazały się węgierskie, przyzwyczajone do cieplejszego klimatu. Te ginęły masowo.

Przed wkroczeniem Rosjan z urzędów czynne było w pełni starostwo, zajęte jednak było prawie wyłącznie sprawami wojennymi, podobnie jak podwładne mu urzędy gminne. Także poczty i koleje służyły przede wszystkim wojskowości i wojnie. W Radzie Powiatowej urzędowanie zamierało z dniem każdym. Sąd urzędował w zmniejszonym składzie, gdyż niektórzy sędziowie powołani zostali na wojnę. Rejent i adwokaci zamknęli kancelarie, gdyż stanęło zawieranie umów, procesy i nie zgłaszały się strony. Weterynarz przestał zajmować się sprawami zdrowotnymi bydła, nie zarządzał zamknięcia, chociaż panowała pryszczyca. Nauka w szkołach po wakacjach nie rozpoczęła się i szkoły stały pustką lub były zajęte przez wojska.

Po wkroczeniu Rosjan i wyjeździe urzędników zamarło zupełnie działanie wszystkich urzędów, przy tym tak urzędy, jak majątki różnych stowarzyszeń porzucone były przeważnie na pastwę losów. Ujawniała się w tym często mała dbałość o dobro państwowe i społeczne.

*

Przez trzy miesiące od wybuchu wojny, tj. od 1 sierpnia aż prawie do końca października 1914 roku, wypełniałem jako wójt wszystkie rozkazy władzy wojskowej, jak: ogłaszanie obwieszczeń mobilizacyjnych, dostarczanie podwód, siana, owsa, bydła rzeźnego, kwater dla wojska i koni itd. Co tylko rozkaz wojskowy wymagał, musiałem wszystko wykonać. Gdy się wojska austriackie z Królestwa Polskiego wycofały, a zaraz na drugi dzień wkroczyły do nas rosyjskie, zaczęły się rosyjskie żądania od gminy, a wszystkie pod zagrożeniem śmierci, i byłem zmuszony patrzeć w tym czasie na straszne rabunki we wsi, w mieście, we dworze. Ale po trzech tygodniach wypędzono Moskali i weszły wojska austriackie. Wykonywałem znowu rozkazy armii austriackiej, ale już w warunkach nierównie cięższych, gdyż walki toczyły się w bliskości nad Sanem, a z powodu wielkich przemarszów i postojów wojsk okazał się największy brak żywności dla wojska, ludności cywilnej i koni. Nadto byłem wtedy uwięziony jako zakładnik.

W końcu pragnąc znaleźć wytchnienie od tej nadmiernej pracy na moje starsze lata, postanowiłem wyjechać na jakiś czas do Wiednia do krewnych, urzędowanie gminne zdać na zastępcę, a dom i gospodarstwo na rodzinę. Aby się do podróży zabezpieczyć, poszedłem 20 października do starostwa w Tarnobrzegu i otrzymałem legitymację, a od komendy wojskowej potwierdzenie.

Dnia 21 października 1914 roku przygotowałem sobie małą walizkę, w której miałem po trzy kawałki bielizny i bochenek chleba razowego. Na krótko przedtem posłałem mego komornika, aby mi w mieście kupił na drogę coś do chleba, bo w domu nic nie było — ten obiegł całe miasto i nic nie kupił, bo w sklepach także nic nie było. Do stacji w Tarnobrzegu odwiózł mnie mój zięć, i to boczną drogą, gdyż była obawa, żeby go przechodzące wojska nie zabrały z tej drogi na podwodę. O godzinie dziesiątej rano byłem na stacji kolejowej, okazałem się legitymacją, bo inaczej na dworzec wstęp był wzbroniony. Na stacji w całym gmachu zastałem pełno słomy i śmieci, stoły, ławki i różne meble powywracane, popsute, prócz jednej stancji, gdzie była ekspedycja wojskowa. Były to jeszcze ślady z pierwszego pobytu Moskali. Patrząc na to wszystko, mimo woli uczuwałem dreszcze po ciele. Chcę się zapytać, kiedy pociąg odejdzie, nie mogę się zmówić, bo wszyscy mówią po niemiecku, wreszcie znalazłem kolejarza mówiącego po polsku i ten mnie poucza, że pociągi idą całkiem nieregularnie i trzeba siedzieć na stacji tak długo, aż będzie szedł pociąg ku Dębicy. Chcę zawczasu bilet kupić, nie ma kasy, więc czekam niespokojny i cały ścierpnięty od dziesiątej rano do piątej wieczór. O piątej wjeżdża na stację pociąg ciężarowy, mówią, że pójdzie ku Krakowu, ale nikt nie zapowiada, żeby siadać. Widzę jednak, że inni, którzy ze mną czekali, biegną do wagonów, więc i ja za nimi. Widzę tylko wagony do przewożenia bydła, w nadziei, że lepszy znajdę, biegnę wzdłuż pociągu, tymczasem odzywa się sygnał, pociąg ma już ruszyć, więc siadam do najbliższego wagonu. Na szczęście była w nim choć ławka, na której można było siedzieć.

Drugie szczęście, że miałem w tym wagonie za towarzyszy dwóch gospodarzy spod Tarnowa z Lisiej Góry. Byli to furmani z podwód, czyli „forszpanów”, którzy swymi wozami trzy miesiące na wojnie byli. Opowiadali swoje przygody, jakie przeszli: objechali znaczną część Galicji i Królestwa Polskiego, byli pod Lublinem i Dęblinem. W końcu konie im popadały, wozy ostawili, a sami zostali uwolnieni do domu. Opowiadań ich nie opisałby — jak to mówią — na wołowej skórze. Czuli się szczęśliwi, że zobaczą się z swymi rodzinami i swoim gospodarstwem.

Około czwartej rano jeszcze było ciemno, jak ci gospodarze pożegnali się ze mną serdecznym uściskiem, wyszli z wagonu w Tarnowie i zostałem sam. Zrobiło mi się smutno, bo nie miałem do kogo słowa przemówić, lecz nadzieja mnie pocieszała, że niedługo zacznie dnieć. Zasunąłem drzwi od wagonu, bo był przeciąg i zimno; szczęście, że miałem dobry kożuch i sukmanę. Było ciemno, bo w wagonie nie było żadnego światła. Siedząc na ławie, rozmyślałem. Pociąg nigdzie po stacjach nie stawał, aż około szóstej stanął w Podgórzu pod Krakowem. Odsunąłem drzwi od wagonu. Rozradowałem się, że już dzień, że jestem już prawie w Krakowie, gdzie spożyję śniadanie. Byłem głodny, bo jak wczoraj rano naprędce wypiłem trochę kawy w domu, tak przebyłem do tego czasu, nie mając nic w ustach. Miałem wprawdzie bochenek chleba, ale twardy, liczyłem na to, że może na stacjach w Tarnobrzegu, Dębicy albo Tarnowie choć ciepłej herbaty wypiję, lecz nadaremnie. Na stacjach wszystko było zrujnowane, brak wszystkiego. Zamiast śniadania zjadłem w Krakowie zaledwie około drugiej po południu obiad, bo pociąg jak stanął w Podgórzu około szóstej rano, tak dopiero około drugiej po południu ruszył. Godzina za godziną schodziła, a pociąg stał, nie można się było dopytać, kiedy ruszy. W końcu jednak ruszył i niedługo byłem nie tak w Krakowie, ale poza Krakowem, bo pociąg przejechał stację osobową i pociągnął dalej na dworzec towarowy. Zaniepokoiłem się, że jadę gdzieś dalej, patrzę, że niektórzy z wagonów zeskakują, więc i ja naładowałem sobie walizkę we drzwiach wagonu, skoczyłem szczęśliwie i walizkę ściągnąłem. Nie dziw, byłem dość lekki, bo przeszło trzydzieści godzin nie jadłem.

Szedłem następnie do stacji osobowej bez mała tyle, jakbym miał z Podgórza, siadłem na tramwaj i zajechałem do znajomych na ul. Starowiślną. Ci mnie z wielką uciechą i życzliwością przyjęli, nie pozwolili iść do restauracji, ugościli zaraz obiadem i prosili, abym u nich choć trzy dni odpoczął. Zostałem więc i miałem wszelkie wygody. Na drugi dzień poszedłem z uprzejmą gospodynią do sklepu spożywczego, aby kupić i zasłać rodzinie do Dzikowa choć trochę artykułów spożywczych, bo w Tarnobrzegu trudno było o nie. Kupiłem po 25 kg mąki i cukru, po 5 kg ryżu, krupek kaszy, kawy itp., wyrobiłem w magistracie pozwolenie na wysyłkę, bo inaczej kolej nie przyjmowała, i wszystko odesłałem. Napisałem też list, żeby się tymi wiktuałami w rodzinie podzielili, że w Wiedniu, gdzie może będzie taniej, kupię więcej itd. Tymczasem i tego nie dostali, ponieważ w pierwszych dniach listopada powiat tarnobrzeski został ponownie zajęty przez Moskali. Paczka — jak się później pokazało — leżała trzy miesiące na kolei w Tarnowie, chodziła potem po Węgrzech, przy czym znacznie zelżała, reszta wróciła do Krakowa. Kolej za ten przewóz policzyła 24 kr i zawartość więcej już nawet nie była warta. Rodziny więc nie pożywiłem, a wydałem gotówkę, jaką po zniszczeniu wojennym mogłem wziąć z domu.