Z Krakowa popisałem listy do domu, na które nie miałem już otrzymać odpowiedzi i przez długie miesiące nic zgoła nie wiedziałem, czy listy moje doszły, czy w rodzinie zdrowi, czy żyją i czym żyją. W niedzielę poszedłem do spowiedzi do kościoła oo. Dominikanów. Tu poznali mnie księża Markiewicz i Masny, którzy byli kiedyś w dzikowskim klasztorze przeorami, i zaprosili mnie na obiad, gdzie się znalazłem w gronie kilkunastu księży. Wszyscy z ciekawością wypytywali się, jak się zachowali Rosjanie w czasie trzytygodniowego pobytu w Tarnobrzeskiem, a ja, com widział naocznie, opowiedziałem. Dwudziestego siódmego wyjechałem do Wiednia. Podróż była dosyć wygodna, bo podróżnych było niewiele, tylko prawie sama służba kolejowa. Przyjechałem do Wiednia tego samego dnia o jedenastej w nocy.

Gdym pierwszą noc przenocował u krewnych, którzy już od dwudziestu lat mieszkali w Wiedniu, przeliczyłem swój pulares252, w którym znalazłem wszystkiego kilka koron, tyle na cały pobyt w Wiedniu i podróż z powrotem. Jednak nadzieja mnie pocieszała, że niedługo powrócę do domu, a tymczasem potrzebny kapitał pożyczę sobie u krewnych. Miałem też uczucie, że znalazłem się z dala od linii bojowej.

Nagle 1 listopada w nocy przyjeżdżają z Dzikowa dwie siostry moich gospodarzy, weszły z wielką trwogą i opowiadają, że wojska austriackie cofają się, że z różnych stron doradzają, aby się ludność wynosiła do dalszych okolic, a szczególnie panny, młode kobiety i mężczyźni należący do poboru wojskowego, gdyż Moskale nadciągają, że do Krakowa osób cywilnych już nie wpuszczają itd. Tu dopiero mrówki przeszły mnie po ciele i uczułem trwogę, myśląc, co się tam teraz z rodziną dzieje. Jak tę noc do rana przespałem, można się domyśleć. Na drugi dzień poszedł mój gospodarz przybyłe panny zameldować na policji, a tam zaznaczyli, że w tym mieszkaniu może być najwięcej sześć osób. Byłem więc w nowym zmartwieniu, bo przecież bliższe musiały być siostry niż ja, więc proszę gospodarza, aby mi wyszukał inną stancję, tylko u znajomego i u Polaka, abym się mógł z nim rozmówić. Jakoż pojechaliśmy tramwajem do XI obwodu i znalazłem tam stancję u Polaka, pochodzącego z Jarosławia, a zamieszkującego w Wiedniu od lat dziewiętnastu, zatrudnionego przy tramwajach miejskich. Stancja ta z wiktem kosztowała mnie 17 kr tygodniowo. Mieszkałem tam do 19 stycznia 1915 roku, było mi nie najgorzej, mogłem się rozmówić po polsku, do moich gospodarzy przywiązałem się jak do krewnych.

Lecz byłem zmuszony postarać się o jaką zapomogę, aby nie liczyć tylko na pożyczkę, więc 6 listopada wybrałem się do Ministerstwa Polskiego253, gdzie dawali wsparcie emigrantom galicyjskim. Gdym tam przyszedł, włosy mi na głowie stanęły: cała ulica była zapełniona ludźmi różnej narodowości — żydowskiej, ruskiej, polskiej — policjanci puszczali do gmachu tylko po kilka osób, tak, że trzeba było cały dzień stać w natłoku, żeby się dostać do wnętrza i to dopiero do zapisania się i po kartkę, a gdzie indziej iść po pieniądze. Przy tym cała zapomoga wynosiła 4 kr na dwa tygodnie.

Gdym stał z godzinę i już zwątpiłem, czy się do tej zapomogi docisnę, przystąpił do mnie niespodzianie hr. Zygmunt Lasocki, który był starostą w naszym powiecie, a wówczas był radcą ministerialnym w Wiedniu i posłem do parlamentu z naszego okręgu, i zapytał mnie, co tu robię, czy biorę zapomogę, a gdym odpowiedział, że właśnie chcę się starać o nią, wziął mnie pod ramię i polecił iść z sobą. W jednej chwili przeszedłem z nim kordon policji i znalazłem się na trzecim piętrze w gmachu Ministerstwa Galicyjskiego. Tu zatrzymałem się w poczekalni, on zaś wszedł do kancelarii, skąd wyszedł po chwili, mówiąc, że jako wójt będę należał do innej kategorii zapomogowej. Zeszliśmy na dół i wkrótce tramwajem zajechaliśmy do Ministerstwa na Schauflergasse. Tam po zapytaniu, czy jestem sam, czy z rodziną, dano mi asygnatę z oświadczeniem, że będę pobierał w Wiedniu tytułem zapomogi 20 kr tygodniowo.

Nadto hr. Lasocki dał mi adres starszej hr. Tarnowskiej z Dzikowa, którą zaraz nazajutrz odwiedziłem, czym się bardzo ucieszyła, a ja również od tego czasu uczułem się w Wiedniu swobodniejszym i weselszym, dziękując Bogu, że się zetknąłem z takimi osobami, które mi pomogły, abym pobyt w Wiedniu miał zabezpieczony. Trapiła mnie tylko myśl o rodzinie i całej gminie, co się tam z nimi dzieje, czym żyją, i prosiłem Boga, aby się wojna wkrótce skończyła, aby szczęśliwie do domu wrócić, zastać przy życiu i zdrowiu rodzinę i wszystkich znajomych, z nimi według przeznaczenia Bożego resztę dni dożyć, pomiędzy nimi umrzeć i w swojej ojczystej ziemi być pochowanym. Takie życzenia i pragnienia miałem przez cały czas mego pobytu w Wiedniu. A pobyt ten z konieczności przedłużał się z powodu powtórnego wkroczenia Moskali do powiatu tarnobrzeskiego i dalszych.

Byłem w tej stolicy naddunajskiej po raz pierwszy, więc wzrok mój przykuwały zarazem jej osobliwości. Zaraz na wstępie od strony Krakowa zasługuje na uwagę dworzec kolejowy tak pod względem wyglądu, jak i urządzeń pierwszorzędnych. Z kościołów wybija się powagą i okazałością kościół św. Szczepana. Polakowi jednak najmilszy zawsze kościółek oo. Zmartwychwstańców na Rennweg; gromadziło się też tam dużo naszych rodaków, zwłaszcza w święta uroczyste. Trudno pominąć także kościółek polski na wzgórzu Kahlenberg, które ożywiało się szczególnie w niedzielę podczas lata. Z innych budowli zwracają na siebie uwagę: ratusz w I dzielnicy, parlament, muzea przyrodnicze, historyczne. Jednakże stary zamek (Burg) wcale nie wyglądał na siedzibę potężnych Habsburgów i okazalej przedstawia się nasz Wawel w Krakowie. Dużo też jest w Wiedniu pomników, wśród których szczególną okazałością odznacza się pomnik cesarzowej Marii Teresy. Miasto zdobią piękne parki, między którymi głośny jest Prater, obfitujący w różne urządzenia rozrywkowe. Do takich urządzeń rozrywkowych należy też tzw. Riesenrad (olbrzymie koło), wystrzelający ponad wieże kościelne, z przymocowanymi klatkami, z których można ogarnąć wzrokiem cały Wiedeń.

Wiele czasu spędzałem, chodząc po kościołach, do niemieckiego, czeskiego, a przede wszystkim do polskiego, modląc się gorąco, aby Bóg zlitował się nad ludem i dał wkrótce szczęśliwy koniec wojny i spokój. Ale nie tylko ja się modliłem, bo gdzie tylko wszedłem do kościoła, wszystkie przepełnione były ludem niemieckim, polskim i czeskim, który wspólnie w tej samej intencji zanosił gorące modlitwy ze łzami w oczach.

Na szczególną uwagę zasługują polskie uroczyste nabożeństwa odprawiane w tym czasie. Dnia 10 stycznia 1915 roku było uroczyste nabożeństwo w kościele polskim oo. Zmartwychwstańców z polecenia Ojca Świętego Benedykta XV254 do Serca Jezusowego. Nabożeństwa trwały cały dzień, z wystawieniem Najśw. Sakramentu i dwoma kazaniami. Kościół przepełniony był polskim ludem. Było ślubowanie wszystkich za głosem kaznodziei, że się będą modlić dwa razy dziennie do Serca Pana Jezusa na intencję rychłego i szczęśliwego pokoju. 6 lutego odprawił ks. biskup Bandurski w kościele św. Michała żałobną mszę św. w asyście sześciu księży za poległych w boju. Po mszy świętej miał prześliczne kazanie o Polsce, podnosząc, że Polska musi być przywróconą, a przemawiał z takim zapałem, że każdemu rzęsiste łzy z ócz padały. Kościół, choć wielki, tak był przepełniony ludem, że nie było gdzie palca wetknąć, i cisza podczas kazania była największa, tak że zdawało się, iż lud nie tylko uszami słucha, ale każde słowo kaznodziei ustami do serca wciąga. Kazanie to do głębi lud wzruszyło. Po kazaniu wszystek lud donośnym głosem zaśpiewał Boże Ojcze, Twoje dzieci tak rzewliwie, że cały kościół drżał, a ks. biskup póty z ambony nie zszedł, aż lud pieśni dokończył. Po nabożeństwie wychodził każdy w największym ducha skupieniu, a przed kościołem uczestnicy witali się nawzajem serdecznie, tak że cała rzesza tego ludu wyglądała jakby jedna rodzina.

Z początkiem marca odprawił ks. biskup Bandurski w kościele św. Michała ośmiodniowe wieczorne rekolekcje, na których rozbierał Ojcze nasz. Wykład ks. biskupa był tak gorliwy i wzniosły, że kto był na jego kazaniu raz, to się starał, aby ani jednego przez cały czas nie opuścić. Toteż ludu polskiego na żadnym nie brakło, zawsze kościół był napełniony.