Dnia 3 maja odprawił ks. biskup Bandurski w kościele św. Michała nabożeństwo z kazaniem na uczczenie rocznicy Konstytucji 3 maja. Było to ostatnie nabożeństwo, na którym byłem obecny w Wiedniu, ale chyba zachowałem je w sercu i w pamięci do śmierci i wnioskuję, że wszystkim, którzy byli obecni, wyryło się ono na zawsze w pamięci. Kościół tak był przepełniony ludem, że brak było miejsca dla stojących. Mówili, że dość było i Niemców, którzy polską mowę rozumieli i chętnie słuchali. Ksiądz biskup zaczął sumę o dziesiątej z wystawieniem Najświętszego Sakramentu przy asyście czterech księży. Ołtarz był wspaniale oświecony. Po sumie prosto od ołtarza w ornacie wyszedł na ambonę, rozbierał znaczenie i doniosłość Konstytucji 3 maja. Tak krzepił ducha zgromadzonemu narodowi, a głos jego tak był donośny i przenikliwy, że każde słowo można było słyszeć nie tylko w kościele, ale i na dworcu przed kościołem. Lud słuchał z zapartym tchem, z głębi piersi dobywało się łkanie i po twarzach spadały kropliste łzy. Zdaje mi się, że nie znalazłby w kościele słuchacza, żeby nie był do głębi wzruszony. Po ukończeniu kazania zaśpiewał ks. biskup głosem donośnym na ambonie Boże Ojcze Twoje dzieci i Kto się w opiekę podda Panu swemu. Nie zapomnę nigdy tej chwili nad wyraz wzruszającej, jak lud ogromnym głosem śpiewał, organy grały, że zdawało się, iż mury kościelne dygoczą, a biskup ciągnął z ludem ten śpiew tak, że wśród wszystkich głos się jego przebijał i nie zeszedł z ambony, aż wszystkie pieśni z ludem odśpiewał. Nie zapomnę też, jak ks. biskup zwrócony do ołtarza, gdzie był wystawiony Najświętszy Sakrament, modlił się, prosząc Boga o zwycięstwo dla dobrej sprawy, a lud wspólnie ciągnął za nim. Była to ostatnia chwila do głębi wzruszająca. Toteż po ukończeniu nabożeństwa, gdy ludzie powychodzili z kościoła, nikt się nie spieszył do domu, ale prawie wszyscy zatrzymali się przed kościołem, witając się wspólnie serdecznie, na twarzy każdego można było odczytać miłość braterską i miłość Ojczyzny.
Co do duchowieństwa niemieckiego, zauważyłem, że księża niemieccy, czy to w dnie uroczyste, czy powszednie, odprawiają msze święte i nabożeństwa bardzo gorliwie i z wielką powagą, nigdzie się nie oszczędzają, nie żałują pracy w naukach, kazaniach, a szczególnie dbają o młodzież szkolną, prowadzą ją często w parach uroczyście do kościoła, dzieci idą do spowiedzi i komunii św. pięknie ubrane, ze świecami w ręku, w kościele ksiądz stoi w środku wśród młodzieży przez czas nabożeństwa, odmawia wspólnie modlitwy, śpiewają bardzo ładnie. Kościoły utrzymują w największym porządku i czystości, tak że gdy się wejdzie do kościoła, oczy nie pozwalają prędko wyjść z niego. Szczególnie warto widzieć groby w Wielkim Tygodniu i ołtarze Matki Boskiej w maju przecudnie ubrane; chęć wówczas bierze, aby do coraz innego kościoła wstąpić, bo w każdym zdaje się inaczej i piękniej grób czy ołtarz przybrany, jakby na zwabienie oka ludzkiego.
Do którego kościoła wstąpiłem, wszędzie co dzień na mszach i innych nabożeństwach zastawałem pełno ludzi, którzy poważnie i gorąco byli w modlitwie zatopieni. Widać było, że niektóre panie i panowie pochodzili z arystokracji, a nie wstydzili się na głos odmawiać modlitw i śpiewać wspólnie.
Lecz może się nie pomylę, gdy powiem, że z liczby zamieszkałej w Wiedniu ludności rzymskokatolickiej tych, którzy żyją według przykazań bożych i kościelnych i zachowują je, jest zaledwie 20 procent, czyli piąta część, zaś 80 procent tylko z imienia są katolikami. Gdy przyszła niedziela, nawet gdy w kościołach odprawiało się nabożeństwo, jechało dosyć wozów naładowanych nawozem, drzewem, cegłą, różnymi towarami, inni siedzieli w kawiarniach, restauracjach. Ci ludzie mało na to zwracają uwagi, a może i nie chcą wiedzieć, że to jest niedziela-święto, zapominając o trzecim przykazaniu Bożym.
Jest też w Wiedniu wiele małżeństw dzikich, które siedzą na wiarę całymi latami, nie brak dzieci nieślubnych. Dopiero wielu napędziła wojna do zawarcia ślubów małżeńskich, bo gdy powołano mężczyzn do wojska, wtenczas dopiero masami brano śluby, nawet polowe, a to dlatego, żeby żony i dzieci brały zasiłek przez czas wojny. Ale czy po wojnie te stadła małżeńskie będą ze sobą żyły, jak prawo Boże nakazuje, to jest pytanie, skoro powiadano mi, że jest dosyć takich małżeństw, co się nawet po latach rozwodzą, ona wyszuka sobie innego mężczyznę, a on inną kobietę, co pomiędzy Polakami mniej się trafia.
Pod względem pracowitości, oszczędności, czystości czy porządku, jak również przemysłu i handlu, Niemcy mogą nam służyć za wzór. Mężczyźni, a osobliwie kobiety są pracowite, tak że wiele prócz domowego ma jeszcze zarobkowe zajęcie i wspólnie pomaga do utrzymania domu i dzieci. W sąsiedztwie, gdzie początkowo mieszkałem, był masarz i stolarz, właściciele kamienic, ludzie bogaci, a jednak cały dzień pracowali w fartuchach i z zakasanymi rękawami, razem ze swoimi robotnikami. Masarz dawał córkom po kilkadziesiąt tysięcy koron w posagu. Kobiety są oszczędne, w dnie powszednie ubierają się skromnie, nie wdziewają żadnych drogich ubrań i kapeluszy na głowę, dopiero w święto ubierają się według swego stanu i zamożności. Nawet w ofiarności dla ubogich są nadzwyczaj oszczędne. Słyszałem od Polaków w Wiedniu zamieszkałych, że jest u Niemców we zwyczaju, iż rzadko biednego większym datkiem obdarzają jak 2 h, podczas gdy u nas rzuca się większe datki. Co do czystości i porządku, to jest u nich na pierwszym miejscu, tak w domu, jak na ulicach. Wszędzie trzymają wzorowy porządek i czystość i kochają się w kwiatach żywych. Zajmują się przemysłem i handlem, mają różne fabryki, warsztaty, składy i sklepy, wszystko niemieckie, ciągną z tego wielkie zyski i bogacą się, gdy my wyręczamy się w tym wszystkim Żydami, nie mamy polskiego przemysłu i dlatego biedę klepiemy.
Jednakże Niemcy, szczególnie niższej klasy, byli bardzo nieprzychylni dla Polaków z Galicji, którzy wyemigrowali z powodu wojny, zmuszeni nieraz do tego przez władze wojskowe, pozostawiając w kraju cały swój dobytek na pastwę losu i zniszczenia. Okazywali tę swoją nienawiść na ulicach, a zwłaszcza w parkach, mówili: „Polskie świnie, przyszli do Wiednia, obżerają nas i robią drożyznę”. Doznałem też na sobie tej nieprzychylności. Zamieszkałem — jak wspomniałem — w XI obwodzie u rodziny polskiej i zdawało mi się, że jestem u swoich najbliższych przyjaciół i będę tak długo, aż będę mógł do domu powrócić. Jednak doznałem zawodu i dosyć zmartwienia, bo jednego dnia oświadczyła mi moja gospodyni, zmartwiona, że jej właścicielka kamienicy wypowiada mieszkanie, które już od dziewięciu lat zajmuje i przed rokiem własnym kosztem odnowiła, z powodu, że ludzi z Galicji przyjmuje na stancję. Chciała iść prosić, abym jeszcze choć z miesiąc mieszkał, dopóki innego mieszkania nie znajdę. Ale ja, nie chcąc, by o to Niemców prosiła, postarałem się o mieszkanie, także u Polki, w III obwodzie. Tam mieszkałem pięć miesięcy, czyli do końca mego pobytu w Wiedniu. Ale i tu zauważyłem, że Niemcy, którzy w tej kamienicy mieszkali, poglądali na mnie okiem nieprzychylnym, jak na wilka, chociaż zachowałem się cicho i spokojnie a stróżce dałem kilka razy po koronie za to, że zamiatała ganek, którym przechodziłem. Pomyślałem sobie: „My tu z Galicji w tych czasach nieszczęśliwych schroniliśmy się do was, a wy nas tak przyjmujecie, nie pamiętacie tego, jak przez długie lata z Galicji posyłaliśmy wam, cośmy wychowali najlepszego: wieprze, woły, cielęta, drób, jaja, i to po niskich cenach. Oni narzekali, że ich objadamy, ale my żyliśmy zupą, za którą umieli dobrze rachować, i w ogóle za wszelkie towary, nawet liche, kazali sobie dobrze płacić. Ilu było emigrantów z Galicji, to każdy zostawił po kilka setek za liche pożywienie, stancje itd., i można śmiało powiedzieć, że obywatele wiedeńscy na tym nic nie stracili, owszem, dużo zyskali, bo wszystkie kapitały, jakie ze sobą przywieźli emigranci, wszystkie zapomogi, jakie rząd wydał, zostały w kieszeniach przemysłowców i kupców wiedeńskich.
Szczęście dla narodu było wielkie, że znalazło się wiele szlachetnych i dobroczynnych osób, szczególniej z wyższych stanów, które za dobrodziejstwa świadczone w owym krytycznym czasie zasłużyły na wdzięczność biednego narodu. Pozakładano kuchnie tanie, a dla bardzo biednych bezpłatne, panie i panny ofiarowały swoje usługi dla gości, każdy dostał herbaty, kawy, a na obiad więcej potraw. Ja korzystałem przez pięć miesięcy z takiej polskiej jadalni na ul. Tiefer-Graben, płaciłem 50 h za obiad, który się składał z zupy, mięsa ze sosem i małej leguminy. Było to wszystko smaczne, bo był ścisły dozór, wiktowało się przeszło 600 osób: księży, nauczycieli, urzędników itp. Kuchnia była założona z pieniędzy składkowych, przewodniczącymi były: hr. Stanisława Mycielska i Zygmuntowa Zamoyska, a między usługującemi paniami były: hrabianki Tarnowska i Siemieńska, które znałem z Dzikowa.
W ogóle w czasie pobytu w Wiedniu miałem szczęście spotykać się z wielu wybitnymi osobami. Przede wszystkim odwiedzałem starszą hrabinę Zofię Tarnowską, która przebywała wtedy w Wiedniu z córką Zofią Siemieńską i wnuczkami. Od początku była bardzo uradowana moim odwiedzeniem, a szczególnie myśląc, że mam wiadomości z Dzikowa, tymczasem ja także chciałem się czego o Dzikowie dowiedzieć i sądziłem, że ona ma prędzej od kogo wiadomości, co się w Dzikowie dzieje, ale o wiadomości było trudno. Przyrzekła mi tylko, że skoro otrzyma jakąkolwiek wiadomość, to się każdą najmniejszą, choćby słówkiem ze mną podzieli. W Wielką Sobotę otrzymałem od niej zaproszenie na święcone, gdzie znalazłem się przy stole z jej rodziną, bawiącą wówczas w Wiedniu, co było dla mnie wielką pociechą, że w tym krytycznym położeniu znalazłem życzliwość tak czcigodnych osób, co też do zgonu zachowam w pamięci.
W Wiedniu spotkałem się z hr. Stanisławem Tarnowskim, prezesem Akademii Umiejętności, który mnie serdecznie uściskał i był bardzo zadowolony, jak również ja, z tego spotkania. Spotkałem się też ze Zbigniewem Horodyńskim, marszałkiem Rady Powiatowej tarnobrzeskiej, a powitanie nasze i rozmowa były również czułe i serdeczne. Prócz tego spotkałem się z Józefem Kadenem, pełnomocnikiem dóbr dzikowskich, który starał się dopomóc mi we wszystkim po przyjacielsku. Spotkałem się z Aleksandrem Brodkiewiczem, dyrektorem browaru dzikowskiego, i w domu Brodkiewiczów byłem parokrotnie życzliwie i gościnnie przyjmowany. Również z bardzo życzliwym przyjęciem spotkałem się w domu dra Adwentowskiego, profesora szkoły realnej w Tarnobrzegu, a pani Adwentowska była tak dobra, że gdym się kiedy z odwiedzinami spóźnił, przysyłała służącą z zapytaniem, czy nie jestem chory. Stykałem się często z Janem Polańskim, zarządcą urzędu podatkowego z Sambora, który jako ewakuowany mieszkał w Wiedniu przez czas pobytu Rosjan w Galicji. Był to człowiek szczerze życzliwy, religijny, odwiedzał mnie w moim mieszkaniu, ja również zachodziłem do niego i tak spędzaliśmy czas na pogawędkach pożytecznych.