Kilka razy byłem we własnym interesie w Ministerstwie Galicyjskim na Rennweg, gdzie miałem sposobność poznać sekretarza w tymże Ministerstwie, Edwarda Neumana, człowieka nadzwyczajnej pracowitości i szczerze życzliwego szczególnie dla polskiego ludu włościańskiego, o czym przekonałem się nie tylko we własnych sprawach, ale widziałem, że wszystkim interesowanym mimo ciżby służył doradą, spisywał protokoły i każdemu w jednej chwili chciał sprawę załatwić i przyjść z pomocą. Chodziłem też przez osiem miesięcy na Schauflergasse, gdzie pobierałem tygodniową zapomogę i gdzie otrzymywało zapomogę bardzo dużo uchodźców z Galicji, jak nauczyciele, kanceliści, woźni, emeryci itp. W tej właśnie kasie miałem sposobność poznać pięciu urzędników. Bardzo mi żal, żem sobie nazwisk nie zanotował, że przeto nie mogę ich wpisać do Pamiętników. Byli to Polacy, którzy jakby dobrani byli, bardzo pilni, w mowie łagodni, pomimo że co dzień był duży natłok. Załatwiali wypłatę z łagodnością i przychylnie, udzielali wszelkich rad, badali każdego, czy ma wygodne pomieszkanie, opał, wskazywali mieszkania, płatne z kasy rządowej, dostarczali węgla, na życzenie emigrantów wyszukiwali zajęcia, tak żeby każdy prócz pobieranej zapomogi miał sposobność i mógł tyle zarobić, aby choć oszczędnie się wyżywił, słowem, starali się o wszystko, nie licząc się z tym, że coś nie wchodziło w zakres ich obowiązków. Wszyscy, których tu wymieniam, byli urzędnikami nie tylko z tytułu, ale prawdziwymi opiekunami ludzi znękanych, w obcy kraj wojną z domu zagnanych. Więc niech im za tę pracę Bóg wynagrodzi, daj też Boże, ażeby wszyscy urzędnicy poszli ich śladem, wtenczas byłoby u nas dobrze i sprawiedliwie.
Prócz tych dostojnych osób, z którymi miałem sposobność w Wiedniu żyć i stykać się, miałem też gdzie indziej dużo przyjaciół i znajomych, którzy, gdy się dowiedzieli, że jestem w Wiedniu i o moim adresie, często do mnie pisywali. Więc otrzymywałem często listy od prof. Wincentego Lutosławskiego255 z Francji, który przesyłał listy przez Genewę w Szwajcarii. W ten sposób dochodziły mnie też listy od wnuczki mojej, przebywającej na nauce w domu prof. Lutosławskiego. Pisywał do mnie i przysyłał mi gazety polskie dr Antoni Surowiecki, przebywający w Białej, pisywał sędzia Wincenty Mortka z Przybrama, poseł Wiącek z Pragi itd. Prawie każdego dnia otrzymywałem listy i kartki z różnych stron od znajomych emigrantów, ewakuowanych, wojskowych, że trudno nawet wymienić wszystkie nazwiska. Odbierałem tak liczną, miłą dla mnie korespondencję, że się to listonoszowi sprzykrzyło, zaczął narzekać, że sobie do mnie na trzecie piętro nogi pozrywał. Przyznając mu słuszność starałem się go choć niedużym napiwkiem zaspokoić.
Ale mimo tej korespondencji, pomimo zajmujących przechadzek przez cały czas pobytu tam ani na chwilę nie opuszczała mnie tęsknota za domem i wsią rodzinną. Łaknąłem choćby najdrobniejszej wiadomości o domu swoim, rodzinie i mieszkańcach Dzikowa, czy są zdrowi, czy żyją, czy z głodu nie przymierają, czy mają dachy nad głową. Bo jak z Dzikowa odjeżdżałem, wszystko było przeważnie zabrane, zrabowane, zniszczone, a do Wiednia dochodziła pogłoska, że jak się wojska austriackie cofały, wszystkie wsie za sobą paliły. Ledwie mnie jedna niepokojąca myśl opuściła, druga nie lepsza do głowy się nasuwała. Chciałbym był jednej chwili dostać się do rodzinnego domu i rodzinnej gminy, ujrzeć rodzinę i znajomych.
Nie będąc przyzwyczajonym do życia w wielkim mieście, a słysząc na każdym miejscu skarżących się, że brak chleba i wszystkich artykułów żywności, że z każdym dniem drożeje, myślałem sobie, że gdyby tak jednego dnia żywności do miasta nie dostarczyli, już by głód zapanował, a gdyby nieprzyjaciel pod Wiedeń podstąpił i żywności nic nie dopuścił, to choć tu człowiek pewniejszy, że od kuli nie zginie, jednak groziła mu gorsza śmierć głodowa. Paliła mnie tęsknota i coraz większe pragnienie, żeby jak najprędzej dostać się do swoich, jednak wszystko nadaremnie, bo Moskale byli za Krakowem w Karpatach, więc była to zapora, z którą zmagały się miliony wojsk sprzymierzonych, wobec czego czułem się maleńkim drobiazgiem. Więc coraz częstsze robiłem sobie wyrzuty, po co ja ze swego domu i swojej wsi rodzinnej na starsze lata w taki czas wydalałem się, czy nie lepiej umrzeć na swojej ziemi i między swoimi.
Wśród takich tęsknot spada nagłe nadzwyczajnie pocieszna256 wiadomość, że armie sprzymierzone odniosły wielkie zwycięstwo, że pędzą Moskali spod Tarnowa, z Karpat itd. Radość była nie do opisania. Otwarła się od razu możność powrotu do domu. Nie traciłem czasu ani chwili, ale postanowiłem zaraz starać się o legitymację na drogę powrotną. Zachęcali też do powrotu inni, prof. Lutosławski pisał do mnie między innymi: „Bardzo radzę wracać do domu, zawsze tam łatwiej się wyżywić niż w obcym mieście, a nadto gmina potrzebuje swego wójta, by ją rozumnie bronił przed nadużyciami wojsk”.
Więc nasamprzód zebrałem informacje, gdzie starać się o pozwolenie na wyjazd. W Towarzystwie Rolniczym otrzymałem potwierdzenie, że jestem rolnikiem i polecenie do powrotu, ale w Ministerstwie Wojny odmówiono mi pozwolenia na wyjazd, ponieważ z powiatu tarnobrzeskiego nieprzyjaciel nie był jeszcze wyparty. Potem przez kilka tygodni zachodziłem do tegoż Ministerstwa, żeby się dowiedzieć, czy powiat tarnobrzeski do powrotu otwarty. Wystawałem tam na korytarzach wśród wielkiej ciżby i natłoku, że się omal z nóg nie spadło, zwyczajnie około godziny dwunastej wychodził urzędnik na korytarz i odczytywał, które powiaty są wolne od nieprzyjaciela, że tylko z tych powiatów mogą czekać na wydanie im legitymacji powrotnych. Z bólem serca wysłuchałem zawsze zawiadomienia, że powiat tarnobrzeski nie jest jeszcze wolny od inwazji nieprzyjacielskiej, że kto z tego powiatu, to czeka na próżno.
W tym strapieniu zwróciłem się do Ministerstwa Galicji, do sekretarza Edwarda Neumana. Gdy mu opowiedziałem, że rad bym powrócić w strony rodzinne, spisał ze mną zaraz odpowiedni protokół i przesłał go do Wydziału Krajowego w Białej. Na to już czwartego dnia otrzymałem list ekspres, abym bezzwłocznie wyjechał celem objęcia urzędowania w mej gminie. Z tym pismem udałem się do Ministerstwa Wojny, w którym mi powiedziano, że mogę tylko wyjechać najdalej do Tarnowa, ale i z tego się ucieszyłem, że będę bliżej domu. Otrzymałem pozwolenie na wyjazd i kartę bezpłatnej jazdy koleją do Tarnowa. Nie tracąc czasu dnia 22 czerwca rano wyjechałem z Wiednia.
Gdy pociąg ruszył, nie interesowały mnie już żadne widoki wiedeńskie, którem opuszczał, tylko pragnąłem jak najprędzej zobaczyć pola obsiane zbożem, bo przez osiem miesięcy ich nie widziałem, a do tego słyszało się ciągle obawy, że będzie głód, bo z powodu wojny grunta leżą odłogiem, a susza do reszty wszystko wypaliła itd. Dlatego siadłem w wagonie przy oknie i ucieszyłem się niewymownie, gdy ujrzałem pierwsze pola zbożowe. Od tej chwili rozweseliłem się w duchu, zdawało mi się, żem zdrowie odzyskał i nowe życie wstępuje we mnie. Do samego zmroku wpatrywałem się w pola pokryte zbożami i jarzynami, stwierdzając urodzaje średniej jakości. Gdy przyszła noc, sen nie skleił mi powiek, bo rozpierała mnie radość, że niedługo już zobaczę swoją zagrodę, rodzinę, przyjaciół. Tak 23 czerwca o godzinie jedenastej przyjechałem do Krakowa. Po wylegitymowaniu się na stacji otrzymałem pozwolenie na wstęp i trzydniowy pobyt w mieście. Zamieszkałem jak poprzednio przy ul. Starowiślnej, gdzie na stancji były moje dwie wnuczki, uczęszczające do seminarium nauczycielskiego. Radość moja była wielka, gdy zjadłem tu chleba żytniego, bo w Wiedniu takiego nie widziałem, tylko z kukurudzy.
W Krakowie obchodziłem dwudziestego czwartego radośnie swoje imieniny i zarazem doczekałem się pociesznej wiadomości, że Lwów od Moskali oswobodzony. Więc z uciechą obchodziłem iluminację miasta i radowałem się, że już do swego domu się dostanę. Z Krakowa wyjechałem 26 czerwca po południu i jechałem bez przeszkody, dopiero pod Tarnowem konduktor mówi mi, że dalej jechać nie mogę i muszę w Tarnowie wysiąść. Ale pokazałem mu pismo Wydziału Krajowego, wzywające mnie do objęcia urzędowania w gminie, i wydał mi bilet do Dębicy, dokąd przyjechałem w nocy. Tu dowiedziałem się, że rano odejdzie pociąg z kilku wagonami do Chmielowa, „ale cywilom siadać nie wolno”. Pragnąc zbliżyć się do domu, wsunąłem się do wagonu, rozmyślając, że choć mnie na której stacji wysadzą, to zawsze będę bliżej domu. Jadę. Przychodzi konduktor, pyta się, dlaczegom wsiadł, skoro pociąg tylko dla wojskowych, ale pokazałem mu wezwanie z Wydziału Krajowego, odszedł i zostawił mnie w spokoju.
Tak dojechałem szczęśliwie do Baranowa, dwie mile od Tarnobrzega. Tu spotkałem na stacji magazyniera kolejowego z Tarnobrzega, Rogulskiego, pytam się, czy nie ma jakich wiadomości o Dzikowie i mojej rodzinie. Odpowiada mi, że był w Dzikowie przed dwoma dniami, dom mój i wszystkie budynki stoją niespalone, w rodzinie wszyscy żyją i są zdrowi. Radość moja nie do opisania. Jadę jeszcze o jedną stację dalej i o godzinie dziesiątej rano przyjeżdżam do Chmielowa. Dalej kolej nie idzie, bo tor kolejowy zepsuty. Mam tylko milę do domu, ale piechotą się nie puszczam, bo przeszkadza pakunek. Fury ciężko dostać, bo nikt się z domu nie wychyla, czekam na drodze parę godzin, ledwie mi się trafia furmanka okazyjnie, płacę furmanowi 12 kr, ledwie się zdecydował odwieźć mnie do domu. Reszta drogi wypadała przez wsie, w których do 22 czerwca przez sześć tygodni wrzały bitwy. Oczom przedstawił się od razu obraz ogromnego zniszczenia i grozy. Zaraz za Chmielowem Ocice, w których gospodarstwa ciągnęły się długim szeregiem zupełnie spalone i zrównane z ziemią. Miejscami jeszcze się dym kurzy, żołnierze chodzą po polach, wyszukują w zbożach zabitych i wynoszą na marach. Co kawałek mogiły poległych. Również z Kajmowa, leżącego w dalszej linii nad Wisłą, widać tylko zgliszcza. Miechocin spalony w połowie, pozostałe gospodarstwa rozgrodzone, obdarte, zeszpecone, wyglądają jak po okropnej burzy. W sercu robi mi się smutno, dreszcz po całym ciele przebiega, to mnie jedynie pokrzepia, że zbliżam się do swoich.