*
Równocześnie ze zmianami w starostwie zaczęły się zmiany w urzędach niższych, więc rozbrajanie dotychczasowych posterunków żandarmerii i obalanie urzędów gminnych. Gdy zaś jedna władza upadła, a druga nie mogła się jeszcze ustalić, nastąpił rozstrój i zamęt, wzmogły się porachunki z przeciwnikami, napady, kradzieże, rabunki, mordy itp. A trzeba dodać, że kraj był wojną zniszczony i zubożony, ludność więcej niż przed wojną zepsuta, mnóstwo było wzajemnych zawiści, rozgoryczenia, co sprzyjało wzrostowi przestępczości.
Za czasów austriackich, przed wojną i podczas wojny, bezpośrednimi przedstawicielami władzy państwowej po wsiach i miastach byli żandarmi, rozmieszczeni po posterunkach. Na wsiach żandarm był wielkim panem, na widok jego każdy prawie dygotał, bo żandarm mógł każdego zapisać na karę, skoro zauważył na przykład, że na podwórzu brak porządku, że na dachu zły komin, że pies nieuwiązany, oset w polu itp.; mógł zaaresztować każdego podejrzanego, skuć w razie oporu, a nawet bronią obezwładnić. Straszny był jego gwer najeżony bagnetem i szabla u boku. W starostwie czy w sądzie była przede wszystkim wiara temu, co żandarm donosił, obwiniony nie mógł się wobec żandarma wymówić, musiał ponieść karę.
W czasie wojny żandarmi pilnowali, ażeby każdy w oznaczonym terminie szedł do wojska, do okopów, tropili dezerterów wojskowych, przeprowadzali rekwizycje, zabierając po wsiach ostatni kęs żywności.
Z okolicznych smutnie się wtedy zaznaczył postój żandarmski w Chmielowie, gdzie komendantem był Józef Grzybek, do ostatka wielki służbista austriacki. Gdy jaki żołnierz zatrzymał się tam dzień dłużej na urlopie, to go zaraz aresztowano, odstawiano do pułku, a przy tym bito niemiłosiernie. Kiedy zaś w roku 1917 i 1918 panował straszny głód w wojsku i coraz więcej ludzi nie chciało iść na wojnę, żandarmi tutejsi wyłapywali gorliwie dezerterów i dwóch przy tym zabili. I tak w czerwcu 1918 obstąpili w Cyganach dom, w którym było kilku dezerterów, a gdy ci zaczęli uciekać, zastrzelono jednego z nich, Panka, na płocie. W trzy dni po tym odbył się pogrzeb zabitego ze szpitala w Tarnobrzegu przy bardzo licznym udziale ludności ze wsi pobliskich. W parę tygodni po tym żandarm Lewandowski wyśledził Wojciecha Rytwińskiego, że się ukrywa przed wojskiem w domu rodzicielskim, i chciał go aresztować. Ale żołnierz schronił się na dach domu. Żandarm wezwał go do zejścia na dół, wołając: „Złaź, bo cię zastrzelę jak psa!”. Żołnierz jednak w bojaźni przed karą nie schodził, żandarm strzelił i Rytwiński spadł z dachu, jak wróbel, wobec matki i nadbiegających ludzi. Do pogrzebu manifestacyjnego żandarmi nie dopuścili.
Gdy się wojna skończyła i żołnierze z frontów prawie w paru dniach przybyli masowo do domów, zwrócili się od razu z całą nienawiścią i żądzą zemsty przeciw posterunkom żandarmerii. Wtedy siła i władza żandarmów upadła zupełnie. Żandarmów, którzy byli przez ludność znienawidzeni i w jej opinii źle zapisani, rozbrajano i bezwzględnie usuwano.
Od pierwszej chwili upadku rządów austriackich w powiecie przychodziły ze wszystkich okolicznych posterunków żandarmerii do powiatowej komendy w Tarnobrzegu wezwania o pomoc, bądź to z powodu planowanych rabunków, bądź też z powodu dokonywanych napadów na posterunki. Zaczęli też na posterunek w Tarnobrzegu z całego powiatu przybywać żandarmi pobici, obandażowani, przebrani w cywilne ubrania, szukając tu schronienia i ratunku, inni kryli się przed niebezpieczeństwem, gdzie który mógł.
Wtedy też przyszła pomsta na żandarmów w Chmielowie. Na posterunek tamtejszy uderzyli żołnierze, którzy z frontu przybyli, urlopnicy i dezerterzy, ale żandarmi uszli na stację kolejową. Komendanta Grzybka dogoniono jeszcze w drodze na stację, rozbrojono i własną jego bronią pobito. Następnie na stacji przytrzymano żandarma Lewandowskiego. Tam go zaczęto bić, a gdy podczas bicia usuwał się przed atakującymi, został już mało żywy wepchnięty do dołu napełnionego wodą i zarośniętego trzciną. Ponieważ był silnej budowy, więc w wodzie przyszedł do siebie, ukrył się w trzcinie i w nocy uszedł w niewiadomym kierunku. Trzech żandarmów, którzy się ludności niczym nie narazili, puszczono w spokoju.
W Jastkowicach postrzelono w koszarach wachmistrza Zamhirę, dano do niego dwa strzały w brzuch i tak ciężko rannego przywieźli do szpitala do Tarnobrzega.
Rozchodziły się wieści, że na posterunkach opuszczonych przez żandarmerię znajdowano wielkie zapasy żywności, jak zboża, mąki, cukru i artykułów pierwszej potrzeby, jak płótna, skór, nafty, co wszystko żandarmi gromadzili dla siebie i swoich rodzin z krzywdą najbiedniejszej ludności. Wieści takie podsycały żądzę zemsty ku żandarmom.