Do takiego załatwiania się z postojami żandarmskimi przyczynił się też w dużym stopniu Dąbal, który otrzymawszy komendę powiatową, rozesłał zaraz posłańców swoich z wezwaniem, aby austriackie posterunki żandarmerii rozbrajać i tworzyć nowe z miejscowych żołnierzy przybyłych z wojny. Tak więc obalano dotychczasowe posterunki bezpieczeństwa publicznego i wprowadzano tzw. milicję wiejską do pilnowania porządku. Milicje te w każdej gminie powstały, złożone były z ludzi nieobznajmionych ze służbą policyjną, przy czym niektórzy z nich nie cieszyli się dobrą opinią co do swej moralności.

Dąbal był komendantem żandarmerii przez parę tygodni, po nim zaś objął komendę kapitan Stanisław Borowiec, przysłany z Krakowa, i ten dopiero zaczął obmyślać środki bezpieczeństwa w powiecie.

Zaczęto więc na nowo obsadzać posterunki żandarmerii. Obsadzono je w ten sposób, że na każdy posterunek przydzielano jednego b. austriackiego żandarma jako komendanta i kilku nowo przyjętych. Kilka takich posterunków zostało ponownie rozbrojonych przez ludność niezadowoloną z nich, na ich miejsce jednak dawano innych ludzi.

*

Dużo też nienawiści i złości gromadziło się wśród ludności w czasie wojny przeciw urzędom gminnym i wójtom. Urzędy gminne bowiem obowiązane były sporządzać wykazy, ile kto ma oddawać zboża do magazynów rządowych, wykazy uprawnionych do otrzymywania kart na chleb i inne artykuły spożywcze, wykazy poborowych do wojska itp. Niejeden czuł się pokrzywdzonym przez urząd gminny, szemrał i narzekał na wójta, odpowiedzialnego za urzędowanie gminne, a kobiety głośno odpowiadały: „Niech tylko nasi mężowie z wojny powrócą, to wójtowi dobrze stołka podstawimy”.

Z drugiej strony urząd gminny musiał wykonywać polecenia władz przełożonych, szczególniej starostwa, wójt musiał tak tańcować, jak mu starosta zagrał. Najgorzej było wójtom, którzy nie skończyli jeszcze pięćdziesięciu lat i byli w wieku poborowym, bo jeżeli taki wójt czego nie wykonał, starosta groził mu wysłaniem do wojska do okopów. Pogróżki takie padały nieraz na miesięcznych sesjach wójtowskich. Ja wprawdzie takiej kary nie bałem się, bo miałem już w owym czasie przeszło siedemdziesiąt lat, ale rozkaz władzy zwierzchniej był rozkazem i musiało się go wykonać.

Zaraz po ustaniu wojny zaczęło się w całym powiecie jak na komendę obalanie i usuwanie dotychczasowych urzędów gminnych i doraźne wprowadzanie nowych. W Dzikowie dokonało się to w niedzielę 16 listopada 1918 roku w następujący sposób:

Po południu tego dnia byłem — jak zwyczajnie — na nieszporach. Gdy wracałem z kościoła, zauważyłem już z daleka przed kancelarią gminną, która wtedy mieściła się w sąsiedztwie mojego domu, gromadę ludzi złożoną przeważnie z kobiet, a w mniejszej części z parobczaków, którzy świeżo z wojny powrócili. Ci mieli przeważnie pałki w rękach. Gdy się do nich zbliżyłem, odezwały się drwiące głosy: „Wójcie, tak się długo w kościele modlicie, a my tu na was czekamy”. Mówię do nich: „Dlaczegoście mnie naprzód nie zawiadomili, że macie sprawę do mnie, to ja bym na was czekał. Jaki macie interes? Chodźcie do kancelarii, na ulicy nie będziemy sprawy załatwiać”. Weszli hurmą do kancelarii, która w jednej chwili tak się wypełniła, że zaledwie mógł jeden koło drugiego stanąć, a trochę nawet zostało za drzwiami. Ja znalazłem się w środku tego zgromadzenia, ściśnięty zewsząd, wyglądałem, aby oświadczyli, czego chcą. Zaczęli ze mną jakby protokół, żądając bezładnie usprawiedliwienia się z wójtostwa, ale nie chcieli dużo czasu na to tracić, bo i wieczór zachodził, a jak zauważyłem, najpilniej było kobietom kolację gotować i krowy doić. Wtedy wystąpił organista Zagaja, który całej gromadzie przewodził, i krzyczy donośnym głosem: „Czy chcecie starego wójta zrzucić, bo się już dosyć naurzędował?” Zerwała się wrzawa i pisk nie do opisania: „Chcemy, chcemy!”. „Kogo chcecie wybrać na wójta?”, zapytuje w dalszym ciągu. „Jan Stala, Jan Stala!” Znowu wrzask i zgiełk jak na targu. Zebranie zamieniło się w zgraję, w której każdy starał się wrzeszczeć najgłośniej. Doszedłem w końcu do głosu i mówię: „Skoro mnie z wójtostwa zrzucacie i nowego wójta obieracie, więc ja także nie chcę być waszym przedstawicielem i jutro urzędowanie swoje złożę, tj. oddam księgi gminne, akty i rachunki nowemu wójtowi i będzie wam już dobrze”. Zgodzili się na to po targach ze mną i między sobą (niektórzy chcieli urzędowanie zaraz przejąć) i na tym się zgromadzenie zakończyło.

Na drugi dzień rano oddałem uporządkowane akta i rachunki gminne nowemu wójtowi, który przyszedł do kancelarii z kilkoma mężami zaufania. Nie wiedziałem jednak, co powie na to starostwo, że urzędowanie zdałem tak nielegalnie obranemu wójtowi, czy nie spotka mnie z tego powodu nagana. Zaraz więc poszedłem do starostwa i rzecz całą przedstawiłem. Na to komisarz Strzyżowski, zastępujący starostę, oświadczył, że w Dzikowie skończyło się jeszcze nie najgorzej, bo w niektórych gminach — jak miał doniesienia — nie tylko pousuwano wójtów, ale jeszcze pobito. W takich okolicznościach — mówił — nie ma innego wyjścia, jak usunąć się od urzędowania. Wyszedłem więc stamtąd zupełnie uspokojony.

Tak więc po czterdziestu przeszło latach urzędowania przestałem być wójtem w Dzikowie. W czasie wojny, gdy urzędowanie to było ciężkie i wójtostwa trzymali się tylko młodsi ludzie, chroniąc się w ten sposób przed służbą wojskową, ciągle byłem zajęty myślą, żeby się uwolnić od tego ciężaru. Wiedziałem jednak, że nie da się to tak łatwo przeprowadzić, bo muszą być wybory gminne, muszą być zatwierdzone przez starostwo, musi nastąpić formalne zdanie urzędowania nowej zwierzchności itp., a tu niespodziewanie stało się zupełnie inaczej, bo w kilku minutach dokonało się wszystko.