Po przejściu Wisły oddział szybko się uporządkował, odmówił pacierz i raźno ruszył z miejsca, a w marszu odbywały się ćwiczenia i pouczenia wojskowe. Nie było już jednak czasu, żeby należycie pouczyć takich, co po raz pierwszy mieli w rękach karabin, jak się z nim obchodzić; a niewyćwiczonych w broni było w oddziale sporo, między tarnobrzeżanami dwóch. Wkrótce miała zacząć się bitwa.

Zaraz w niewielkiej odległości od Wisły zbliżył się do maszerującego oddziału chłop w płótniance z ostrzeżeniem, że w pobliżu znajdują się Moskale przygotowani do bitwy. Ostrzeżenie okazało się prawdziwym312, niedługo bowiem spostrzeżono Moskala, przebiegającego na koniu, a równocześnie padł strzał z szeregów powstańczych, dany przez jednego z chłopów, idących na przodzie. (Chłopi ci ubrani byli w płótniaki, jakie noszą w powiecie mieleckim; mieli po bochenku chleba, zawieszonym przez ramię na sznurku).

Oddział szedł dalej. Nie przebył mili, a już rozpoczęło się starcie z nieprzyjacielem przed wsią Komorowem. Powstańcy, rozwinąwszy się w tyraliery, ostro posuwali się naprzód polami, a odpowiadając strzałami na salwy nieprzyjacielskie, spędzali Moskali z zajmowanych pozycji i wparli ich do Komorowa.

Tu wywiązała się dłuższa bitwa. Nieprzyjaciel, ukryty w zabudowaniach komorowskich, słał gęste karabinowe salwy, siejące śmierć w szeregach powstańczych, które znajdowały się w otwartym polu, mając za zasłonę jedynie bujne zboża i drzewa polne, pojedynczo rosnące. Powstańcy odpowiadali przecież niemilknącymi, chociaż nierównomiernymi strzałami. Z obu stron podnosiły się raz wraz okrzyki: „Hura, hura!”. Ażeby się nie wystawiać na strzały nieprzyjacielskie, powstańcy leżeli na ziemi, odwracając się przy nabijaniu broni (nabijanej jeszcze wówczas od przodu) na plecy. Mimo to kule moskiewskie, puszczane dołem, raziły mocno. Były wypadki, że ci z powstańców, którzy nie byli wyćwiczeni w strzelaniu, zakładali nabój odwrotnie, tj. najpierw kulkę, a następnie proch, więc zagważdżali karabin, i w bitwie nie było z nich żadnego pożytku. Między powstańcami uwijał się ks. Hędrzak w sutannie, podziurawionej kulami, dysponując313 na śmierć konających i opiekując się rannymi, nadto zachęcając do boju słowami: „Dzieci, brońcie wiary i Ojczyzny!”.

Bój przewlekał się bez rezultatu; w końcu nie było innego wyjścia, tylko z bagnetem w ręku uderzyć na nieprzyjaciela i wyprzeć go z zabudowań, zwłaszcza że lada chwila mogły mu nadciągnąć posiłki. Padła tedy komenda: „Na ochotnika, na bagnety!” i stanęło dwudziestu ochotników, którzy tę komendę słyszeli, z Chościakiewiczem i jego adiutantem Juliuszem Tarnowskim na czele. W jednym momencie porwali się z miejsca i biegli pędem, z początku równo, jak wytrawni żołnierze. Gdy jednak do zbliżających się Moskale sypnęli gęstymi kulami, większa część się zachwiała — i zawróciła; tylko siedmiu z bagnetem w ręku poszło dalej. Ci, dopadłszy stodoły, najwięcej obsadzonej przez nieprzyjaciela, wyparli go rozpaczliwym uderzeniem i usiłowali zapalić strzechę, ażeby zniszczyć wrogowi zasłonę. Moskale jednak opamiętali się i spoza węgłów dali ognia. Juliusz Tarnowski, ugodzony kulą w czoło, zginął na miejscu, polegli z nim i inni, i tylko jeden czy dwóch ocalało, jakby na to, żeby zaświadczyć o śmierci bohaterskiej towarzyszów314.

Tak się skończyła pierwsza część bitwy, a chwila ta, gdy siedmiu bohaterskich ochotników uderzało z bagnetem w ręku na pozycję moskiewską, należy w całej tej bitwie do najświetniejszych i byłoby ją niewątpliwie uwieńczyło zwycięstwo, gdyby w ataku wszyscy wytrwali.

Wnet potem sytuacja stała się groźniejszą, na tyłach bowiem ukazali się dragoni rosyjscy i powstańcy znaleźli się w ogniu z dwóch stron. Ruszyli tedy spod Komorowa, zamierzając przedrzeć się w głąb kraju, ale w ślad za nimi wyszła z zabudowań piechota rosyjska, poszli i dragoni. Marsz odbywał się wśród nieustannego odstrzeliwania się Moskalom, nacierającym z tyłu i z boku, dokuczał przy tym niezmierny upał tak, że pot spływał po twarzach strumieniami.

Z początku oddział powstańczy posuwał się naprzód w porządku, po pewnym czasie jednak zaczął rozpraszać się i rozbijać na grupy; niektórzy pojedynczo się odrywali, myśląc jedynie o własnym ocaleniu; siła odporna oddziału słabła. Ustała wszelka komenda, każdy bił się na własną rękę.

Tymczasem natarczywość atakujących rosła, przybywały im bowiem w pomoc nowe roty315 i szwadrony316. Przypuszczali ataki już to dragoni, już to piechota, powstańcy zaś formowali się naprędce w małe kupki, ażeby się nie dać rozbić konnicy, to rozsypywali się, ażeby mniej się wystawiać na cel piechocie. Padali Moskale, ale większe luki powstawały wśród powstańców, którzy byli atakowani ze wszystkich stron i znajdowali się ciągle w otwartym polu.

Jasnym się stało, że w takim położeniu wszyscy do wieczora wyginą, ale nikt się nie poddawał, każdy bronił się do ostatka, odstrzeliwując się na wszystkie strony, to piechocie, to konnicy. Udręczenie długą walką doprowadziło broniących się do desperackiej zaciętości, która odbierała odwagę nacierającym i zmuszała ich do ustępowania i trzymania się w pewnej odległości.