Dobrze pamiętam ten fakt, bo byłem już sporym chłopakiem, jak jednego wieczora do dziadka mojego przyszedł z flaszką wódki niedaleki sąsiad i kum i zaofiarował dziadkowi zamianę swego gospodarstwa za gospodarstwo dziadkowe. „Macie — powiada — sześć morgów gruntu i dajecie sobie jakoś radę, nic wam nie brakuje. Ja mam osiemnaście morgów tej samej ziemi i jakoś mi ciężko idzie. Ano kumie, mieniajmy się, szyja za szyję: wy przejdziecie na moje gospodarstwo, a ja na wasze”. A na to dziadek: „Kumie, wszystko bym wam zrobił, ale tego nie zrobię, mnie tego gruntu wystarczy, chcę głowę położyć na swoim”. Tak kawał w noc się targowali i do żadnego skutku nie przyszli, bo dziadek mój nie chciał wtenczas dać sześć morgów za osiemnaście. Gospodarz ów nazywał się Michał Ozych, pochodził z Królestwa Polskiego, był osadzony na kmiecym gruncie przez hr. Tarnowskiego niedługo przed ustaniem pańszczyzny.
Później, koło 1865 roku, Jakub Tyniec sprzedał trzy morgi gruntu pierwszej klasy w ładnym położeniu za 600 złr65 kowalowi dworskiemu Janowi Rydzowi. Głośnym to było w całej gminie, że „znalazł się — jak mówili — taki głupi, co tyle pieniędzy za trzy morgi gruntu wydał”. Dzisiaj by dali — i tak płacą — za morgę takiego gruntu 3000 złotych, ale wtenczas leżało dość gruntów i placów odłogiem.
Ten kowal był pierwszym, który kupił grunt w Dzikowie, pieniądze miał z rzemiosła, bo był kowalem dworskim i wykonywał roboty kowalskie w mieście po pożarze. Z chłopów w Dzikowie pierwsi kupowali grunty Jan Sokół, Józef Szewc i ci wybili się na najbogatszych gospodarzy.
*
Nie było dawniej takich, jak są teraz, narzędzi rolniczych. Pług był z deską drewnianą. Gdy w gruncie był perz albo mokro i w ogóle, gdy grunt był ciężki, to jeden albo dwóch ludzi musiało pług taki z wielką forsą66 trzymać, a jeden czterema końmi poganiał. Za dzień przy wielkim wysiłku dało się zaorać ledwie pół tego, co się zorze dzisiejszym pługiem; więc jeżeli dawnym, drewnianym pługiem zorał na dzień pół morga gruntu, to dzisiejszym można zorać jeden mórg tej samej gleby, z tą jeszcze różnicą, że gdy do dawnego pługa zaprzęgał gospodarz cztery konie i zatrudniał dwóch albo trzech ludzi, to dzisiaj w tej samej glebie zaprzęga dwa konie przy jednym człowieku. A w lżejszej glebie, gdzie pierwej musiał orać na dwa konie, dziś orze w jednego.
Po lasach zamiast pługa używaną była socha67, podobna do radła, którą oracz trzymał w rękach i zapuszczał w rolę na różną głębokość według potrzeby.
Brony także były liche, z małymi gwoździami. Zamiast dzisiejszych żelaznych „pazurów” do czyszczenia gruntu z perzu było radło, czyli drewniany osęk, którym się grunt radliło, czyli „hakowało”.
Do młócenia zboża używane były tylko cepy68, a czyszczenie zboża odbywało się przez wianie w ten sposób, że na boisku w stodole przy otwartych drzwiach rzucało się ziarno szuflą po wiatr. W ten sposób oddzielało się ziarno od plewy: najcięższe ziarna padały najdalej, lżejsze bliżej, plewy pod nogi wiejącemu. Młocarnie i młynki do wiania wcale nie były znane. Sieczkę rznęło się w skrzynkach ręcznych, a co parobek lub gospodarz urznął wtedy przez cały dzień, to teraz przy sieczkarni korbowej ma się za pół godziny.
W całej gminie nie było wozu, na którym byłoby choć za 1 zł żelaza. Cały wóz był „bosy”, tj. niekuty, skrępowany wiciami brzozowymi. Na dowód, jak mało był ceniony, przytoczę fakt, że gdy wóz taki, odziedziczony po dziadku, sprzedałem szewcowi w Tarnobrzegu, Ignacemu Zdyrskiemu, ten za to po długim targu zgodził się podszyć mi proste buty, co wtedy mogło przedstawiać wartość półtora reńskiego.
Kto się wybierał w drogę takim wozem na dwie lub trzy mile, musiał mieć maźnicę69, uwiązaną w tyle u wozu, do smarowania osi drewnianych, gdyż inaczej wóz piszczał i nie dało się jechać. Prócz tego brał ze sobą gruby drąg i sochę na windugę70, konieczną przy smarowaniu wozu, gdyż własną siłą nie można go było ulżyć.