Gdy kto jechał przez wieś, a miał osie nienasmarowane i wóz mu skrzypiał, wołali za nim: „Sprzedaj woły — kup se smoły!”

Dopiero po pańszczyźnie zaczęły nastawać wozy żelazne, tj. mające koła okute w żelazne „rafy”, czyli obręcze, ale osie były jeszcze drewniane. Potem nastawały wozy mające i osie żelazne. Na razie który gospodarz wóz taki sobie sprawił, był nazywany „bogaczem” i budził wielki dziw w gminie.

Jednym słowem, nie miał nikt podobnych do teraźniejszych narzędzi rolniczych, tak do uprawy gruntu, jako też do innych potrzeb gospodarczych.

*

Ze zbóż siali najwięcej żyta, jęczmienia, prosa, tego więcej niż obecnie. Pszenicy i owsa siewali mniej więcej tyle, co obecnie. Dużo siali także tatarki71, ale tylko po wsiach lasowskich, piaszczystych.

Ziemniaków sadzili mało, zaledwie połowę tego co obecnie. Toteż oszczędnie je jedli, dzieci ukradkiem przed starszymi wyciągały je z dołów „łażonych” i piekły w domu, a od Bożego Narodzenia już się ziemniaków nie jadło, bo resztę przeznaczali do sadzenia.

Natomiast dużo siali rzepy, mianowicie w lecie na spokładanych ścierniskach. Drobniejszą suszyli na strychach i następnie spożywali najwięcej w poście jako tzw. całkę, tj. gotowaną w łupinach i zasypywaną kaszą jaglaną. Większą siekali i maścili nią sieczkę dla krów do dojenia w zimie. Maścili też gotowaną i utłuczoną plewy dla trzody. Zresztą jedli ją też surową, jak dziś owoce.

Więcej też niż obecnie sadzili kapusty. W każdym gospodarstwie kisili jej na zimę zwyczajnie dwie beczki, obejmujące 6–7 korcy; kisili w całych główkach, a tylko przesypywali drobniejszą, usiekaną z liści kapuścianych ręcznymi siekaczami. W zimie wszystko to jedli, a tylko kwasem maścili czasem sieczkę dla krów, „żeby się pozbyły motylicy72”.

Ze strączkowych siali bób i groch w większej ilości niż teraz. Fasoli siali bardzo mało. Nadto każdy gospodarz siał len i konopie. Z pastewnych siali trochę koniczyny, mniej niż w czasach dzisiejszych. Zresztą dla krów w lecie do dojenia zbierali chwasty, zrzynali jęczmień, pszenicę, wyżynali trawy po miedzach albo też ukradkiem na pańskim.

O potrzebie odmieniania nasienia do siewu i sadzenia nikt nie myślał. Nasienie było marne, zwyrodniałe. Jeżeli gospodarz po zebraniu plonów z pola widział, że ma zboża lub okopowych za mało na cały rok, to zaraz w jesieni musiał odebrać i schować bezpiecznie do siewu i sadzenia swoje własne nasienie, a do spożycia domowego kupował, choćby miał najdrożej płacić. Od ojca bowiem miał tę naukę, żeby swoje własne nasienie siał i sadził, a także nie sprzedawał go drugiemu do siewu i sadzenia, „bo by mu się do drugiego gospodarza przewiedło”.