Również kolejne następstwo płodów w gruncie było jak za dawnych czasów. W naszej gminie na przykład obowiązywał taki podział roli: gdzie obecnie piąta klasa gruntu, tam wszyscy siali żyto ozime i co cztery lata po wygnojeniu proso; gdzie zaś pierwsza klasa, tam siali pszenicę, jęczmień, owies, koniczynę, bób i sadzili ziemniaki i kapustę. Tę naukę ojcowie wpajali w synów i wnuków, aby tylko tak siać i sadzić, bo inaczej urodzaj chybi73. Każdy też tej nauki się trzymał, aby nie chybił i nie był wyśmiany.

Gdym zaczął samodzielnie gospodarować, ojciec mojej żony doradził mi, żeby trochę ziemniaków zasadzić koło domu na polu zwanym „Ogniska”, ażeby z nowego można było ukopać ziemniaków na domową potrzebę, nim zbierze się ziemniaków z pola w jesieni. Ja się trzymałem tego, co od ojca i dziadka słyszałem, że w tym miejscu będzie tylko żyto i proso. A teść na to: „Wsadź na wolę Bożą choć kawałeczek ziemniaków, może coś urośnie, będziesz miał bliżej”. Usłuchałem: przyszła wiosna i na wspomnianym polu sadziłem ziemniaki. Byłem już w połowie roboty, gdy nadszedł jeden z najstarszych wówczas w Dzikowie gospodarzy, Maciej Mortka, i woła do mnie, śmiejąc się: „Hej, młody gospodarzu! Twój dziadek i ojciec stąd ziemniaków nie jadł i ty nie będziesz jadł. Nic ty tu nowego nie zaprowadzisz”. Tak kilka chwil stał nade mną i tłumaczył mi, że źle robię, że nie mam doświadczenia. Były to rady starego, poważanego gospodarza, mogły mną zachwiać, odwieść mnie od rozpoczętej roboty, zdobyłem się jednak na odwagę i sadzenia dokończyłem.

Przyszła jesień; ziemniaki porosły nad podziw, tak krzaki, jako też i pod krzakami także, że można je było narączkiem74 nosić do domu. Wszyscy się temu dziwili niemało, a i ów gospodarz, który odradzał mi sadzenie, ile razy przechodził tamtędy i widział ten niezwykły urodzaj, zatrzymywał się i mówił do siebie: „U młodego trza się teraz rozumu uczyć, u młodego”, i to samo nieraz powtarzał.

Ten wypadek nauczył mnie w życiu bardzo wiele: od tego czasu coraz mniej zważałem na gadki i śmiechy ludzkie, coraz śmielej zrywałem z przesądami. Wprowadzałem inny płodozmian i gdzie indziej i dobrze na tym wychodziłem. Na tym samym polu, gdzie starzy nigdy ziemniaków nie sadzili, sadzę je obecnie stale i zawsze mam ładny zbiór, bo ziemia wyjałowiona dawniej zbożami, a zasilana teraz często nawozem, szczególniej nadaje się pod jarzyny.

W tych czasach nie brak nigdzie ładnych ziemniaków. Dawniej, skoro Niemcy, koloniści z Padwi, o trzy mile, nie dowieźli do Tarnobrzega ziemniaków, zaraz dawał się odczuwać brak tego artykułu i drożyzna; obecnie gospodarze z Dzikowa zaspokajają w znacznej części zapotrzebowanie na ziemniaki w mieście i mają ich jeszcze dość na własny użytek.

*

Co do ogrodnictwa, to były wprawdzie sady koło domów, a po niektórych wsiach było ich nawet więcej niż dzisiaj, ale drzewa w tych sadach były dzikie, które albo same wyrosły, jak dzikie śliwy, grusze, jabłonie, albo je gospodarz gdzieś w polu wykopał, przyniósł i koło domu zasadził, nie zważając na to, jaki będzie owoc. Drzewa te rosły gęsto, skołtunione jedno koło drugiego, i nie mogły się należycie rozrastać.

Prócz tego wśród pól widziało się wszędzie samotne, leśne, czyli dzikie grusze. Rosły one na skrajach pól, na miedzach i z nich było najwięcej owocu. W jesieni strząsali z nich po kilka korcy gruszek, każdy na swoim polu.

Nikt w okolicy nie sadził dobrych, szlachetnych szczepów, bo nawet przy zamku w Dzikowie nie było dawniej takiego ogrodu owocowego, jaki jest obecnie, i było tylko niewiele drzew owocowych na własną potrzebę. Dopiero przed kilku dziesiątkami lat zaczęli najpierw po dworach zaprowadzać szlachetne ogrody owocowe, a następnie i niektórzy chłopi, ale przeważnie tylko po wsiach leżących nad Wisłą i Sanem. Najpierw chodziła pogłoska, że najlepsze ogrody owocowe mają gminy Skowierzyn i Wrzawy. Po innych wsiach, mających grunta piaskowe, i dziś mało się trafi, żeby ktoś sobie zasadził kilka drzew owocowych, choć na swoją potrzebę. Wymawiają się zawsze tym, że grunt niedobry, że jak jeden sadzi, to mu drugi wydrze itp., ale w rzeczywistości nie chce im się sadzić i nikt nawet nie próbuje sadzić.

Ale w niektórych gminach nad Wisłą i Sanem widać obecnie znaczny postęp w ogrodnictwie: sadzą drzewa szczepione w pewnych liniach i odstępach jedno od drugiego, tak że każde może się swobodnie rozrastać i owocować, a pod drzewami zawsze można coś siać lub sadzić.