Pnie dawne dawały dużo rojów, a mniej miodu. Miód bowiem podrzynali zawsze tylko dołem, poniżej oczka, czyli wylotu dla pszczół, a w górnej części wydrążenia, czyli w głowie, to jest tzw. oklek, pozostawał z roku na rok nietknięty, jako pożywienie dla pszczół, i wyrzynali go tylko wtedy, gdy pszczoły zginęły, czyli „spadły”. A że pszczoły składają miód od góry i prowadzą robotę ku dołowi, wyrzynali więc na dole sam susz bez miodu. W dobre lata z silnego pnia wybierali około czterech kwart80 miodu i mniej więcej kilogram wosku. Dzisiejsze ule ramkowe są co do miodu znacznie wydajniejsze.
Kto miał pasiekę, zachowywał miód na swój własny domowy użytek, częstował nim gości na chrzcinach, weselach, zabawach, rozdawał krewnym i sąsiadom, nadto coś spieniężał. Częściej spieniężał wosk, wyrabiając z niego gromnice albo sprzedając księżom na świece; dawali go też na ofiarę do kościoła.
Pszczelarze mieli swoje zabobony. Takiego, co miał większą pasiekę, posądzano, że ze złem trzyma, że „wie coś do tego”. Gdy kto koło pszczół robił, podbierał miód albo rój zbierał, nie wolno było przyglądać się temu zza płotu, „bo pszczoły dostawały uroku, były złe, cięte i mogła paść na nie jaka choroba i zniszczyć je”. Gdy kto przewoził ul z innej pasieki, to wiązał z tyłu wozu linę, która miała ciągnąć się po ziemi przez całą drogę, żeby tak pszczoły ciągnęły do swojej pasieki.
Za mojej pamięci największą pasiekę w okolicy prowadził Brocki, który był w przyjacielskich stosunkach z hr. Janem Tarnowskim i mieszkał w dobrach jego. Zajmował on się pszczelnictwem z zamiłowania, miał kilkadziesiąt pni na Borowie i na Wianku koło Dzikowa, a także w Jeziorku. W Dzikowie u chłopów najładniejsze pasieki były u Tomasza Szewca i Łukasza Tracza; miewali oni mniej więcej po dziesięć pni. Na ogół więcej bywało pasiek po wsiach lasowskich niż nadwiślańskich.
*
Co do pastwiska, to za pańszczyzny i przez dwadzieścia lat po jej ustaniu główne pastwisko dzikowskie było nad Wisłą, w tzw. Kępie. Ciągnęło się od przysiołka Podłęże do granicy zakrzowskiej. W dalszym ciągu leżały nadwiślańskie pastwiska, należące do gmin: Zakrzów, Sielec, Koćmierzów, Zarzekowice aż do Nadbrzezia, leżącego naprzeciw Sandomierza. Pastwisko dzikowskie leżało po obu stronach wału wiślanego i było wałem przepołowione. Wynosiło 68 morgów.
Przy tym pastwisku była wówczas wyspa wiślana, wynosząca również kilkadziesiąt morgów, porośnięta trawą i wikliną, gdzie także pasło się bydło dzikowskie. Na wyspę tę przeganiali konie po robotach, krowy niedojące się, jałówki i nie zganiali ich stamtąd całymi tygodniami, nieraz dopiero wtedy, gdy woda na Wiśle przybierała i groziła zalewem wyspy.
Prócz tego gromadzkiego pastwiska w Kępie było jeszcze drugie, bliżej wsi pod Zwierzyńcem, gdzie tylko kmiecie mogli paść swoje konie i woły. To kmiece pastwisko wynosiło 36 morgów.
Razem więc pastwiska dzikowskie wynosiły wtedy 104 morgów. Lepsze było w Kępie, gdyż grunt tam był pierwszej klasy, przy tym użyźniany wylewami Wisły.
Były to pastwiska serwitutowe, do których i dwór miał prawo. W roku 1867 po uregulowaniu serwitutu, czyli służebności, gmina otrzymała z tego obszaru 79 morgów na swoją wyłącznie własność.