Za grzech też wielki uważali zmiatanie okruszyn chleba na ziemię, a jeżeli ktoś okruszynę taką zobaczył na ziemi, to ją podnosił i całował, przepraszając w ten sposób dar boży za zniewagę. Łopatę do wsadzania chleba i pomiotło do wymiatania pieca chlebowego gospodyni stawiała zawsze do góry, bo na łopacie były resztki ciasta i mąki, więc nie należało walać ich po ziemi; przy tym przestrzegali pewnej czystości przy przyrządzaniu pożywienia.

*

Grozę głodów podnosiły dawniej liche drogi. O kolejach żelaznych nie było jeszcze słychać, za mojej pamięci dużo ludzi umarło i kolei nie widzieli. Mówiono tylko, że idzie kolej żelazna z Krakowa do Lwowa, na której jadą ludzie. Byłem już wtedy samodzielnym gospodarzem, gdy mnie doszła ta cudowna wiadomość. Zebrała mnie ochota, żeby tę kolej zobaczyć i zgodziłem się prawie za pół darmo z Żydami do Dębicy „na zróckę”, tj. miałem ich tam zawieść i nazad wracać. Miałem wówczas to szczęście, że dojeżdżając do Dębicy, widziałem, jak szedł właśnie pociąg, a potem na stacji dosyć się napatrzyłem urządzeniom kolejowym i po powrocie miałem co opowiadać żonie i domownikom. Do Tarnobrzega wybudowano kolej z Dębicy dopiero w 1887 roku88.

Droga zatem po większej części była zła i trudna do przebycia i gdy się ktoś wybierał np. do lasu, trzy mile odległego, to jechał więcej jak dwa dni, podczas gdy teraz w kilka godzin tę drogę po szosie przejedzie. Skoro więc w jakiejś okolicy nie było urodzaju — czy to, że rok był mokry lub nadzwyczaj suchy, czy też skutkiem gradobicia lub innej klęski elementarnej, to zanim dawnymi drogami dostawił ktoś zboża, głodny tymczasem umierał.

*

Wsie nadwiślańskie trapiły też straszliwe wylewy Wisły. Jeżeli nie były one dawniej częste, chociaż wały były bardzo niskie, to dlatego, że po gruntach, łąkach i lasach pełno było dołów i bagien, z których woda cały rok nie schodziła i rzeki były nieuregulowane. Dopiero gdy zaczęto rznąć rowy, aby wody stojące do Wisły odprowadzić i bagna osuszyć i gdy zaczęto rzeki regulować, wtenczas zaczęła woda na Wiśle raptowniej wzbierać i wały okazały się za niskie.

Pamiętam jeden tylko taki wylew, mianowicie w roku 1879. Wtedy stan Wisły był taki, że woda przelewała się przez wały, a pod Dzikowem przerwała je na długości prawie pół kilometra i zatopiła wszystkie wioski nad Wisłą aż po Sandomierz, zrządzając wielkie spustoszenie w gruntach i domach.

Woda w jednym miejscu wydarła doły, w drugim naniosła piachu. Mikołajowi Mortce w Dzikowie zabrała dom i wszystkie budynki, a w miejscu, gdzie stały, wyrwała taki dół, że głębokość jego trudno było zmierzyć.

Było to wprawdzie w czas na wiosnę, kiedy jeszcze pola nie były obsiane, mimo to szkody były tak znaczne, że się zdawało, że ludzie nie będą mogli za kilka lat wygrzebać się z biedy. Tymczasem w paru tygodniach przyszła niespodziewana pomoc, a to dzięki śp. hr. Janowi Tarnowskiemu, który dla dotkniętych powodzią wyjednał u rządu wysokie zapomogi i dawał je też z własnych funduszów, każdemu według poniesionej szkody, tak że każdy mógł grunt zepsuty naprawić, obsiać i potrzeby domowe częściowo zaspokoić. A co ważniejsze, rozpoczęły się niedługo roboty koło lepszego obwałowania Wisły i dziś wały są tak wysokie, że zabezpieczają przed najwyższym stanem wody. Gdybyśmy mieli dawniejsze wały, to obecnie po regulacjach, gdy woda raptem wzbiera, za każdym zbiorkiem mielibyśmy wylewy, tak że mało kto utrzymałby się przy gruntach nadwiślańskich.

Ale po drugiej stronie Wisły, w b. Królestwie Polskim, dotąd nie ma dobrego obwałowania, bo prawie co roku topi tamtejszych włościan woda i to nieraz w czasie żniw. Przy wielkim wezbraniu wody Wisła tam zalewa wielkie przestrzenie, tak że jak okiem sięgnąć, nic więcej nie widać, tylko krzaki i domy stojące w wodzie, i słychać przy tym ryk bydła i wołanie ludzi o ratunek, aż groza przejmuje. I to, jak dawniej bywało, tak i teraz jeszcze się powtarza.