*

Klęski straszne sprowadzały też pożary. Strach przed nimi był szczególnie w lecie, gdy przyszła posucha.

Powstawały najczęściej przez nieostrożność: przy suszeniu konopi i w piecach chlebowych, z palenia tytoniu, przez dzieci, gdy zostawały w domu bez dozoru i bawiły się ogniem, od piorunów albo też ogień był podłożony ze złości zbrodniczą ręką. Szerzyły się zaś szczególnie dlatego, że domy były gęste, zbite w kupę i kryte strzechą.

W Dzikowie za mojej pamięci było kilka pożarów. Najwięcej ucierpiały od nich „Piaski”, tj. część Dzikowa stykająca się z miastem i najgęściej zabudowana. Największy był tu pożar koło roku 1875. Zajęło się wtedy u gospodarza, który w żniwa woził snopki do stodoły i palił fajkę, a zgorzały prawie całe „Piaski”. Następnie spaliło się tu kilka domów w czasie pożarów miastowych, jak również w roku 1890 wskutek pożarów, które parokrotnie wybuchały z niewiadomych przyczyn. Zresztą w różnych latach były w różnych stronach Dzikowa pożary, którym uległy pojedyncze zabudowania, dwa takie pożary były od pioruna, jeden spowodowany przez dzieci, trzy z niewyśledzonych przyczyn.

Ale gdzie indziej pożary bywały większe, całe wsie ze wszystkimi zbiorami szły z dymem i zostawał tylko popiół. Z okolicznych wsi spalił się tak za mojej pamięci: Mokrzyszów, Sobów, Stale, Furmany, Grębów i żadna wieś nie była wolna od tej klęski.

Rozmiary jej powiększało jeszcze to, że domy wtedy były nieubezpieczone od ognia, a jeżeli były ubezpieczone, to na małą kwotę, bo gdy budynki były warte np. 2000 reńskich, to ubezpieczali je na trzy, cztery stówki, żeby wielkich premii89 nie płacić.

Po pożarach takich chodzili i jeździli po okolicznych wsiach pogorzelcy „za wspomożeniem”, zbierali: słomę na pokrycie nowych domów, zboże na chleb, przyodziew, pieniądze, a każdy takiego pogorzelca czymś wspierał. Niejeden chodził tak za wspomożeniem i dwa lata, zapuszczał się do coraz innych wsi, więc mógł nawet zebrać więcej, niż stracił.

W Tarnobrzegu pamiętam trzy wielkie pożary, pierwszy i największy w roku 1862. Ten wybuchł w nocy z 5 na 6 czerwca. Wiatr był wtedy ku Wiśle, a ogniem tak rzucało, że nawet za Wisłą siedzieli ludzie na dachach, żeby tam do pożaru nie dopuścić. Zgorzało wtedy całe miasto, a że domy były tylko drewniane, kryte gontem, a nawet słomą i nie było nawet podmurówek, bo przyciesie90 spoczywały tylko na klocach drewnianych lub na kamieniach, więc po pożarze miasto tak się przedstawiało, że gdyby nie sterczące kominy, to można by pługiem wjechać i wszystko zaorać. Spalił się wówczas i kościół oo. Dominikanów.

Spalił się też dworek Jachowiczów w Dzikowie, który stał przy kościele, na tym placu, gdzie dziś znajduje się szkoła powszechna żeńska. W popiół obróciły się — jak mówią — pamiątki rodzinne Jachowiczów, a w szczególności po Stanisławie Jachowiczu91, sławnym poecie i nauczycielu, który się tu urodził i wychowywał.

Po pożarze tym opowiadano na różnych schadzkach i zabawach, że był on karą bożą za bluźnierstwo, jakiego się mieli Żydzi dopuścić, urządzając w mieście na szyderstwo przedstawienie z męki Chrystusa Pana92.