Na ząbki używana była słoma, zwana tręcią, żytnia, rzadko pszeniczna, a była na to wybierana tręć dobra, nierdzawa, miękka, jeszcze trochę zielonkowata. Rznęło się ją na pniu od pierwszego do drugiego kolanka. Pasterze wypatrywali, gdzie żyto najładniejsze, i rznęli tręć ukradkiem, przyczaiwszy się w zbożu, gospodarze bowiem bardzo bili, jak kogo przy tej robocie w swoim polu przyłapali. Bywało jednak, że gospodarz, przyszedłszy na pastwisko zamówić sobie ząbki, pozwalał urznąć na nie tręci w swoim życie, upomniał tylko, żeby w środek nie leźć i zboża nie tłuc. W takich razach pastuch mógł już rznąć tręć spokojnie, stojąc na miedzy, ale wykorzystywał zwyczajnie otrzymane pozwolenie tak, że narznął tręci nie na jeden, ale na kilka kapeluszy.
Zwyczajnie też między pastuchami znalazł się taki, co umiał z ząbków szyć kapelusze, tak że cały kapelusz był wyrabiany na pastwisku. Albo też szył kapelusze ktoś starszy we wsi, a w każdej wsi była inna forma i moda. W tym czasie, jak ja pasałem, robił je w Dzikowie pastuch niemowa, mający wtedy około dwudziestu lat; szył on ładne kapelusze dla pastuchów, parobków i gospodarzy.
Za ząbki na cały kapelusz płacili 15 do 20 grajcarów, im drobniejsze były, tym były droższe, a najlepszy kapelusz kosztował (z uszyciem) cwancygiera115, czyli 33 grajcary. Chodziło się w nim parę lat.
*
Kowali było po wsiach więcej niż obecnie. Żadna wieś nie była bez kowala. W każdej też prawie gminie była kuźnia gminna, do której należał dom i kawałek pola pod ziemniaki, kapustę, ażeby ułatwić osiedlenie się kowalowi, aby był w miejscu dla wygody mieszkańców. Z takich też kuźni gmina nie pobierała najczęściej żadnego czynszu, chyba że wieś była duża albo kuźnia leżała przy trakcie i szła dobrze.
Kowale robili lemiesze, trzusła116 do pługów drewnianych i resztę kawałków, które musiały być w pługu żelazne, dalej sierpy, nadto kłódki, klamki, zawiasy do drzwi i gwoździe. Te ostatnie jednak robili rzadko, bo kłódki zastępowano przeważnie drewnianymi zasuwami, tak samo klamki i zawiasy były drewniane, a wreszcie i wszelkie łączenia i zmocowania robiono tak, że wiercono dziury i zbijano wszystko kołkami dębowymi, nie gwoździami. Ale jeżeli komu koniecznie gwoździe były potrzebne, to kazał je robić kowalowi i były tylko gwoździe kowalskie, nie sklepowe. W ogóle sklepów żelaznych podówczas nie było, więc kowale mimo wszystko mieli dosyć roboty.
Jak w każdym rzemiośle, tak i w tym byli partacze i dobrze wydoskonaleni, biegli rzemieślnicy. Gdzie był dobry kowal, co robił np. dobre sierpy, siekiery, to nieśli do niego robotę i z innych wsi; taki mógł zarobić wówczas i dwa reńskie dziennie i miał niemałe znaczenie między ludźmi.
Mniej niż kowali było kołodziei, czyli stelmachów. Robili oni wozy, wózki i drzewne części do narzędzi rolniczych. Robili nie tylko gospodarzom we wsi od ręki, ale i Żydom do miasta na zmowę, którzy następnie wyroby te z zarobkiem chłopom sprzedawali za gotówkę lub na wypłat. W Tarnobrzegu trudniło się tym handlem paru Żydów.
*
Po wsiach między lasami koło Majdanu Kolbuszowskiego kwitło bednarstwo. Prawie każdy chłop, mający mniejszy grunt, był tam bednarzem. Wyrabiali oni wszelkie naczynia gospodarskie, jak: beczki różnej wielkości, faski117, dzieżki, konewki, skopki118, cebrzyki, wanienki, niecki, tryfusy119, dalej sita, przetaki, łopaty do chleba, pociaski120, wreszcie łyżki, łyżniki, wrzeciona, sikawki ręczne, miotły. Naczynia były z drzewa sosnowego, świerkowego i olszowego, łyżki z twardego drzewa bukowego, miotły z gałązek brzeziny. Nadto w tych wsiach wyrabiane były opałki, okrągłe koszyki, koszałki z korzenia dartego na pasy. Materiał na te naczynia brali bednarze z lasów, wśród których mieszkali. Brali go bezpłatnie, do czego z dawien dawna byli przyzwyczajeni i, choć po uregulowaniu służebności ta wolność była zniesiona, woleli go zawsze ukradkiem z lasu wywozić pomimo czujności leśnych, niż kupować choćby najtaniej.