Chłop czym prędzej dał rydla, a następnie trop w trop chodził za babą, bo choć w gusła święcie wierzył, ale chciał naocznie widzieć, co też ona wykopie. Baba zaś chodziła dalej po podwórzu i wąchała, ale gdzie grzebnie rydlem, padliny nie ma, bo chłop dobrze jej patrzy na ręce. Nareszcie pod stajnią zaczęła kopać większy dołek, aż wykopała do kolan i z rękawa puściła kawałek płuca cielęcego, które przywiozła ze sobą, ale tym razem jakoś się jej nie udało, bo chłop to spostrzegł. Upuściwszy ten kawałek, tarmosiła go rydlem i nogami, a następnie niby to wykopała i, pokazując go chłopu, rzecze: „Widzicie, mówiłam, że macie zakopaną padlinę”.
Ale chłop już temu wiary nie dał, tylko wręcz odparł: „To wyście to przecie upuścili”, a że baba upierała się przy swoim, więc wszczęła się sprzeczka: chłop mówił swoje, a baba swoje. W końcu chłopa rozzłościło, że baba mu w żywe oczy zaprzecza, złapał pałę, zaparł wrota i babę tak przetrzepał, że jak się za wrota wydarła, to już nie czekała na wóz, ale piechotą do domu się dowlokła. Później długo na plecy narzekała, mówiąc, że się gdzieś potłukła.
Powyższe zdarzenie opisałem nie tylko dlatego, że dawniej ludzie byli tacy zabobonni i łatwowierni, ale więcej dla nauki, bo i w dzisiejszych czasach nie brak jeszcze guślarzy i ludzi nieoświeconych, dających się oszukiwać. Niechże nikt w żadne czary i gusła nie wierzy, bo to i niemądrze, i obraza boska.
Sam na przykład we własnym gospodarstwie przekonałem się, dlaczego dawniej mleka nie było, a co ongiś było przypisywane czarownicom, że je krowom odbierają. Dopóki się koło krów chodziło po dawnemu i żywiło się je tylko czystą karmą ze zboża, to krowy ledwo żyły i mleka brak było, tak że nieraz cztery krowy tyle mleka nie dały, żeby w domu — jak to mówią — do barszczu wystarczyło. Dzisiaj zaś mam tylko jedną krowę, ale dobrze ją żywię sieczką z otrębami, burakami i ziemniakami, a przy tym koniczyną, toteż mam mleka tyle, że w domu go nie pragnę i jeszcze zbywające odsprzedaję.
*
Praktyki religijne były dawniej bardzo ściśle przestrzegane, posty na przykład były tak zachowywane, że cały rok w piątki i soboty nawet z mlekiem nie wolno było jeść, a gdy nadszedł czas wielkiego postu, od Środy Popielcowej168 do Wielkiej Niedzieli nabiału przez cały czas zupełnie nie używali, a strawę maścili tylko olejem. Nawet przed małymi dziećmi chowali serwatkę, żeby się jej nie napiły i postu nie złamały. Kogo by zaś dojrzeli, że w dni postne jadł z nabiałem albo co gorsza z mięsem, ten był wytykany palcami jako heretyk i był znienawidzony.
Po domach wieczorami i nade dniem rozlegały się pieśni pobożne i godzinki.
Dawali też nieskąpe ofiary. Jeżeli gospodarz miał od krowy pierwsze cielę, to za żadne pieniądze go nie sprzedał ani sam na swoją potrzebę nie zużył, ale zaniósł do księdza i dał na ofiarę.
W jesieni po zbiorach jeździł ksiądz z parafii „po petycie”, zbierał snopki. Z każdego domu dostawał mniej więcej dwa snopki niemłócone; była to ofiara dobrowolna. Osobno jeździł wtedy organista i zbierał snopki dla siebie, a po gminach najbliższych jeździł też braciszek od księży dominikanów z Tarnobrzega. Po Bożym Narodzeniu zaś do Gromnic169 chodził ksiądz z organistą po kolędzie. Gdyby wtedy czyjś dom ominął, nie odwiedził go, uważali to za hańbę dla tego domu, znaczyło to, że mieszka w nim jakiś zatwardziały grzesznik: pijak, złodziej, cudzołożnik itp. W niektórych domach przyjmowali księdza przekąską, a w każdym dawali mu jako kolędę mniej więcej reńskiego, albo też garniec jakiego zboża, kaszę, kiełbasę, jajka itp. Tak po petycie, jak po kolędzie jeździli wikariusze z parafii i to był ich dochód.
Prócz tego jeszcze dwa razy w roku obchodził wieś organista: przed Bożym Narodzeniem „z kolędą”, czyli opłatkami, i przed Wielkanocą „po spisnem”, tj. spisywał w każdym domu, ile osób należy do spowiedzi wielkanocnej i zostawiał im kartki, które miały służyć do kontroli, czy wszyscy obowiązani spowiedź wielkanocną odbyli. Tak za opłatki jak za kartki płacono organiście 20–30 centów albo też dawano coś z domu, np. kaszę, jajka, kiełbasę itp.