Mocny sen pana, który nawet przez otwarte na salę okienko nic nie słyszy, dobrze usposabia chłopców. Zgadły sosny kolonijne: coraz weselej na sali. Teraz się pojedynek na ręczniki odbywa: słychać głuche ich uderzenia.
— Poczekajcie, jak pan przyjdzie, to powiem, że nie dajecie spać.
— Idź, powiedz. Patrzcie go: ubrał się w niebieską koszulę i przewodzi. Minister: panu powie.
— Minister poczty.
— Lizuch!
— Skarżypyta!
Teraz jeden mówi półgłosem, coś ciekawego zapewne, bo cisza zaległa: słuchają. Na sali, powtarzam, odbywa się ważna robota, grupa zapoznaje się z sobą i nie wiedząc wcale, już wybiera tych, którzy jej przewodniczyć będą — tylko czy w dobrym, czy w złym?
— No, chłopcy, zaśpiewajcie; ja wam pozwalam.
— Cicho, bąki wilanowskie.
— Ty sam bąk.