W Ciechocinku nudno, bo nie ma lasu i nie ma gdzie latać. A jak raz chłopcy zrobili dziurę pod parkanem i wyszli na drogę, to były aż cztery dwójki ze sprawowania.
W Psarach przyjemnie, bo był mały źrebaczek, który na werandę przychodził, i chłopcy chleb mu dawali. A raz się dwa stogi siana zapaliły, taka łuna była, ale pan nie chciał z nimi iść do pożaru. Raz znów fura z węglem przyjechała, zaczęli się wozić i pchnęli furę na parkan, mało parkanu nie rozwalili. To znów chłopak poszedł do pralni i piłkę wsadził w wyżymaczkę i pękła. A dyżurny taki był zły: piłki tylko dawał, jak był z kim158 dobrze, a na jednego, żeby nie wiem co, nigdy nie poskarżył, bo znał go z Warszawy. Lepiej, jak dyżurny jest co tydzień inny i jak pan sam zabawki i książki wydaje.
I tu jak w Michałówce przez ostatnie dnie mówi się o kolonii jak o czymś, co było — i dużo o domu, szkole, warszawskich zabawach i rozrywkach.
Franek ma psa Azora, nauczyciel za byle co targa za uszy, w pudełku z gilzami159 zawsze jest jakiś prezent, a magik w kapeluszu jajecznicę ugotował i pokrajał chustkę do nosa, i zrosła się, jak dmuchnął.
Raz chłopcy na Woli proszku pod tramwaj nasypali i tak huknęło, że olaboga; a na Bródnie wykopali dół i zakopali chłopaka, tylko mu głowa sterczała — i krzyż postawili nad nim. Kazik bawi się często w chowankę160, bo piwnica w ich domu ma ze sto zakrętów, a Wacek ma taką kupę braci i sióstr, że co miesiąc to inne imieniny.
A jak w cyrku małpa małpę w wózku woziła, a znów druga małpa po drucie z zawiązanymi oczami chodziła, a słoń siedział przy stole i przynosili mu jeść, i dzwonił na lokaja.
Taką miał długą trąbę, okręcił ją koło człowieka i dopiero sobie z nim chodził.
Strasznie drogi musi być taki słoń, a chłopaki mówią, że guma do wycierania ołówka, co na niej jest słoń narysowany, to ze skóry słonia zrobiona. Gdzieżby znów, za cztery grosze?
— Prawda, że skóra droższa od kości słoniowej?
Jeśli się mówi o Warszawie, jakże nie opowiedzieć, za co kto w skórę dostał od ojca lub matki.