Każdy myśli o jakimś prezencie dla swoich — więc kilka grzybów, szyszek zielonych, korale z czeremchy, kwiat dziewanny; nawet biedny Dziadyga wiezie upominek: sześć ulęgałek zielonych znalezionych w lesie. Wraca Geniek Dziadyga do swej suteryny162, gdzie trzeba na noc łóżka na środek izby wysuwać, bo ze ścian wilgoć się leje.
Aż nadszedł ranek wyjazdu.
Ledwo świt szary, jeszcze w welonie mgły białej las tonie, jeszcze przed chłodem porannym tuli matka w gnieździe pisklęta. Na salach gwar, bo niezadługo śniadanie i droga powrotna do domu.
Ostatnia trąbka wzywa na werandę. Mała jeno163 garść chłopców zebrała się przed ołtarzem, bo reszta jeszcze na salach się pakuje, bacząc, by nie zapomnieć czego164: grzebienia, szyszek, szczoteczki do zębów. Już podczas modlitwy cicho, na palcach zbliżają się z przewieszonymi przez ramię woreczkami — przyklękają i coraz ich więcej, małych pielgrzymów.
Aż zebrali się wszyscy i kiedy po modlitwie rozległ się śpiew, sto pięćdziesiąt głosów popłynęło w stronę szarego nieba:
Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,
Tobie śpiewa żywioł wszelki:
Bądź pochwalon, Boże wielki...
Zajechały ciche wozy pieśnią zgłuszone.