— Bo ojciec pana podobał się matce pańskiej i odwrotnie. Bo była ładna, zapewne zamożna, bo się z tych lub innych powodów spotkali po raz pierwszy, po raz drugi — zbliżyli ku sobie, zaprzyjaźnili. Tu wchodzi w grę i kolor włosów pana mamy, może krój sukni, ładny taniec, pośrednictwo innych osób, wyznanie, stanowisko, nazwisko, wąsy, wykształcenie.
— Ale po co to wszystko? Tak wszystko zaraz obmyśleć, zastanawiać się nad wszystkim...
— Więc pana nie zajmuje wcale zagadnienie tak ważne: dlaczego pan żyjesz?
— Owszem, zajmuje... No, więc kończ pan prędzej.
— Skończę, owszem. Rozpatrzmy tylko przyczyny, którym zawdzięczają swe istnienie: pański ojciec, panie Janie, i pańska matka.
— Ależ tak, to wcale końca nie będzie.
— Więc rozumie pan teraz, co znaczy nieskończoność?
— Rozumiem: dwie babki, ze strony ojca i matki, i dwaj dziadkowie, a potem już cztery prababki i czterej pradziadowie, potem po osiem prapradziadków i praprababek, potem trzydzieści dwa praprapr... Daj mi pan szklaneczkę wody.
— Służę panu, panie Janie... kochany panie Janie... To przejdzie.
— No już... Ale przestań pan.