Westchnienie, zupełnie na miejscu, spotkało się z zasłużonym uznaniem.
Wszyscy byli zadowoleni z wyniku inteligentnej rozmowy, która miała tę zaletę, że nie nużyła rozwlekłością, a mimo to nie była zwykłą płytką, szablonową paplaniną.
Jeden tylko człowiek zdawał się być niezadowolony. Człowiek ten był tak sobie: jakiś nauczyciel, czy coś podobnego, kasłał po nocach — nudny i zgryźliwy.
Poruszył się raz i drugi niecierpliwie, co zawsze czynił, ilekroć nieproszony zupełnie chciał zabrać głos, i wybuchnął nagle wśród ciszy:
— Macie państwo zupełną słuszność — tylko że to trzeba rozumieć, trzeba dobrze zrozumieć, a inaczej lepiej wcale nie mówić i nie narażać się na śmieszność — chociaż to wcale nie jest śmieszne.
Szmer protestu rozległ się wśród biesiadników — szmer rósł — skośne spojrzenia i zjadliwe uśmiechy skierowały się ku mówcy.
— My rozumiemy, panie profesorze — ozwał się dobitnie i powoli rozumny (5000 rubli rocznego dochodu), ogryzając kostkę pieczonego kuraka.
— Nie — zaprotestował impertynencko ów tak sobie, i z impetem odsunął talerz.
Ten człowiek stanowczo nie umiał pogodzić tych dwóch czynności: mówienia i jedzenia.
— Ależ zapewniam pana profesora, że rozumiemy — ciągnął spokojnie (5000 samej pensji).