— Nie — huknął tak sobie. — Myśleć należy obrazami. Gdybyście państwo rozumieli, tobyście nie mogli z takim stoickim spokojem zajadać kompotów, kurczaków i marchewki.

W ostatnich czasach rozrosła się wstrętna kategoria ludzi, których przez grzeczność zwą przeczulonymi, lub nadczułymi. Ludzie ci wszystko biorą zbyt serio i wszystko ich drażni. Ludziom podobnym wydaje się, że nie wolno mówić przy majonezie o powodzi, lub na koncercie o doli podrzutków.

— Dla mnie wyraz: potomni — jest obrazem, proszę pana. To znaczy: widzę siebie w grobie, spróchniałego, zgniłego, toczonego przez robactwo.

— Zaczyna się — ozwał się czyjś głos niecierpliwy.

— A owych malców rocznych i trzyletnich widzę, jako dorosłych mężczyzn — ojców i dorosłe już matki — kobiety.

— I to panu odbiera apetyt? — zauważył ktoś ironicznie.

— I widzę, jak oni za krótkie lat trzydzieści będą zajadali kurczęta, zabawiali się flirtem, zajmowali synekury, urządzali bale i koncerty, nosili tiulowe suknie z dyskretnymi dekoltami; będą czytywali gazety i głupie powieści i prowadzili płytkie rozmowy... Ten dwuletni Kazio, czy Jasio, będzie wywąchiwał duże posagi, a dzisiejsza dwuletnia Mania, Zosia, Jadzia czy Helcia będzie starała się na wędkę swych wdzięków pochwycić rybkę — sukniodajnego męża... Ten roczny Józio, Stasio czy Władzio będzie umizgał się do leciwych mężatek i pożądliwie uganiał za łatwymi zdobyczami na bruku wielkiego miasta, a złotowłosa, szczebiocząca dziś zabawnie Jania, Henia czy Bronia będzie może pokutowała za kawalerskie grzechy męża.

— Panie, tego za wiele!

Sześć zupełnie zgorszonych osób usunęło się od stołu.

— I czegóż się państwo oburzacie? Nie mówiłbym wam tego, gdybyście mnie tak solennie nie zapewniali, że rozumiecie, co znaczy wygłaszany przez was frazes: dzieci — to przyszłość narodu... Czas szybko płynie. Dwadzieścia lat — okres bardzo krótki... Toć pamiętamy doskonale nasze krótkie spodenki i sukienki do kolan. Bacik22, lalka — prawda — zdaje się nieledwie, żeśmy je wczoraj dopiero porzucili?...