Znów dwie osoby opuściły swe miejsca przy stole, a pozostałe z niesmakiem odsunęły talerze.

— Nie znoszę frazesów, zdań niewyczutych, które wiszą jak szyldy jaskrawe, których jednak nikt nie widzi, bo przechodzi obok po kilkanaście razy na dobę; zdań, które przypominają mi szlak na misce, w której się myje, albo kwiat na dzbanku od wody, lub na innym naczyniu...

— O, tego już zanadto, panie profesorze — zaprotestował po raz drugi ogólnie szanowany (5000 rocznie). — Trzeba się liczyć ze słowami.

— Przepraszam, nie powiedziałem nic ponad to, co się mieści w przyjętym z takim szacunkiem przez was zdaniu: dzieci — to przyszłość narodu. Gdyby pan powiedział, ogryzając kostkę pieczonego kuraka: „dziecko — to bardzo kosztowna, ale zarazem miła rozrywka” — byłoby mnie niezmiernie przykro, ale mimo to milczałbym, jak mur. Gdybyś pan powiedział: „ma się dzieci, boć człowiek żonaty zwykle ma dzieci, bo tak jest przyjęte, i to jakoś samo z siebie się robi” — nie przerwałbym ciszy nawet westchnieniem.

— Jesteś pan człowiekiem krańcowym.

Pozostali przy stole biesiadnicy — opuścili swe miejsca.

Do nauczyciela zbliżył się inny tak sobie i łagodnie położył mu rękę na ramieniu.

— Opowiem panu bajkę — rzekł:

Był w Ameryce pewien wielki kaznodzieja i znakomity mówca. Arystokracja New Yorku wymogła, by wygłosił kazanie w jednej z najwspanialszych świątyń stolicy. Przybył cały wielki świat; panie postrojone, panowie, jak na balu. Nastrój był niezmiernie swobodny. Z góry się już cieszono spodziewaną ucztą. Przypuszczano, że znakomitość wysilać się będzie, by ich olśnić czarem swej wymowy. Wreszcie ukazał się. Cisza. Oczekiwanie. A on im rzekł tylko tak:

„Marne, ułomne, liche owieczki, moje! Po co mam wam mówić, jak postępować należy? Wy wiecie, wiecie i beze mnie! Tylko nie chcecie, mili moi, postępować inaczej. Więc szkoda słów”.