Chłopiec opuścił głowę ku ziemi i milczy.
Jesteśmy u celu.
Na podwórzu gmachu szkolnego tylu ojców, matek i chłopców. Brr! jak ja ich wszystkich nienawidzę — tych kandydatów, tych rywali...
Nagle tłum się rozstępuje, kołysząc, i wychodzi człowiek, w którego rękach spoczywa los mego syna.
Zbliżam się do niego i zginam w pół. Chcę mówić, ale głos mi w gardle zastyga. Daje mi znak, bym się wyprostował. Staję i patrzę, że wszyscy wokoło klęczą. Klękam. Cisza.
I nagle słyszę, jak syn mój, wśród niczym niezamąconej ciszy, mówi zupełnie głośno:
— Tatusiu, ten pan podobny jest do Robinsona Kruzoe na obrazku w mojej książce.
Chwyciłem topór i z wściekłością rzuciłem się na malca, ale mnie powstrzymano.
Kto by tam w snach szukał sensu.
— Bądź uważny. Teraz przynajmniej bądź uważny — proszę go — kupię ci wody z sokiem malinowym i zegarek.