— Także cztery.
— Bardzo dobrze. Za karę zrobisz na jutro mnożenie: dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćdziesiąt dziewięć przez 99, 999, 999.
Nauczycielka wstaje. Dzieci popłakują.
— Widzi pan, co to się trzeba namęczyć, nagadać? Aż w gardle zasycha.
— A tak: babka, babki. Ale wie pani: babce, kogo widzę? babkę... że ta nauka: babką, o babce... to mi dzieci: babki babek... do grobu wpędzi: babkom, babkami, o babkach.
— A panu się zdaje, że nauka, to co? Ja uczę tak, jak trzeba. Pan sądzi, że ja — to co?
— Chyba rzeczownik, proszę pani.
Trzasnęła drzwiami i wyszła.
A ja powiedziałem dzieciom:
— Jeżeli mi się które z was waży wziąć książkę do ręki, to mu kości połamię.