— Czy ci nie chłodno?
— Cokolwiek.
— Może już wrócimy?
— Owszem: bo później tramwaju nie dostaniemy.
— Więc chodźmy.
I wsiedliśmy do tramwaju.
Nie, w domu stanowczo lepiej — myślałem teraz — tak, w domu, rozumie się, że w domu; przecież nie jesteśmy parą kochanków lub młokosów, których księżyc rozmarza. To był zupełnie niedorzeczny pomysł — ta cała przejażdżka.
I powróciliśmy do domu.
— Czy chcesz jeszcze trochę posiedzieć? — zapytałem.
— Owszem — odparła żona. — A może wolisz iść spać? Jutro wstać musisz wcześniej.