Budzę się z zadumy. Nowa fala uczuć.

O wy, szydercy, wy, którzy kruczym głosem głosicie, że człowiek jest tylko samcem, lub samicą, a zawsze egoistą, gdybyście słyszeli, jaki szmer oburzenia poruszył ten tłum na widok obdartusa, chcącego wlać zemdlonemu wódkę w usta — o wy, którzy rumieniec zgasiliście w rozpuście, odzyskalibyście go znowu w tej chwili.

— Precz, pijaku, nie rozpajaj dziecka! — stało się hasłem groźnego tłumu.

— Nie, to nie — odparł ów człowiek i usunął się, ratując swe życie.

Nie będę powtarzał wszystkiego, co mówiono w tłumie, zamilczę, ile słów, uskrzydlonych miłością, upierzonych współczuciem, ubielonych troską o los obcego, bezimiennego, brudnego łobuziaka — poszybowało w tę stronę przestworza, które, jak twierdzi podanie, wybrukowane jest granitem dobrych chęci. A w tłumie, prócz zsiadłego mleka inteligencji, prócz ludzi z maturami i dyplomami, prócz ludzi, którzy z natury mają serca bardziej elastyczne, sprężyste i miękkie, prócz kobiet, których mózgi skłonniejsze są do wyciskania łez z oczu — znajdowali się przecież i subiekci magazynów optycznych, młodzi pomocnicy buchalterów, ajenci od ogłoszeń, pośrednicy do placów pod wille na łokcie i jeden kolektor loterii żydowskiej. I wszyscy ci ludzie, mniej lub bardziej poetycznie, mniej lub bardziej głośno, lepszą lub gorszą polszczyzną — współczuli z ofiarą tajemniczego wypadku...

Co się stało z chłopcem, nie powiem, gdyż nie ma w tym nic dowcipnego. Szło mi tylko o zaznaczenie, że istnieją serca, że istnieją uczucia.

Choć mogę nawet powiedzieć: „Pogotowie” odwiozło go do szpitala, gdzie wprawdzie nie było miejsca, ale go mimo to przyjęto. Podobno przez omyłkę zjadł z głodu łepki od zapałek.

Ptasznik

Bogacz to był nad bogacze.

Najrzadsze ptaki obok pospolitych leśnych śpiewaków.