A ja — monarchista. — Proszę o głos. Panie Stenografie: wniosek. — Na każdym placu trzy szubienice. — Wieszać bez pardonu wynalazców, ideowców, nowinkarzy. — Wznowić świętą inkwizycję. — Demokrację zaszyć w worek i utopić w rzece. — Kobiety batami spędzić na rynek i wychłostać. — Wywlec proch Gutenberga, spalić i rozrzucić w cztery strony świata. — Byle łyk186 gazet się naczyta — mądry, jucha. Zamiast widłami w gnoju, babrze się w paragrafach. — Prawodawca! — Maszyny dynamitem wysadzić w powietrze. — Dziś każdy cham — pan. — Maszyna sieje i kosi, rżnie, hebluje, kuje, nosi ciężary. — A ty co? — A ty gdzie? — A ty do czego? — Edisonowi187 stryczek, dopóki stary czarodziej opętany żyje. Lepsi ginęli na stosie. — Już nie dla wygody, ale dla rozpusty piorun188 święty ujarzmił. — Ogładę i wykwint dworu prócz uprawnionych znali nieliczni fagasi189; dziś psi syn kupi bilet do kina, a spostrzegawczy nauczy się chodzić, siedzieć, jeść, kłaniać, całować — równy, dżentelmen, lord, ptak niebieski. Niepotrzebny mu rycerski termin w antyszambrach, które uczyły posłuchu. — Bandyta już nie w lasach się kryje, a w salonie tańczy z twoją córką. — Jak gonić, gdy ograbi i zhańbi? Jemu pierwszemu na usługi samochód, samolot, brauning190 do obrony. Zaraza, bakterie czuwały, by się nie mnożyli — biegunki, cholery, tyfusy. Znalazł się dobroczyńca: surowice, szczepienia, higiena, opieka społeczna. — Oblepi się toto dziećmi, jak wrzodami, i już nie skomle, a żąda. — Daj, dla niego i szczeniąt. Dasz mu zarobek. Myślisz — książkę kupi? Nie, rozpije się i w pijanym szale będzie robił dzieci. — Mówisz, durniu: chleba starczy dla wszystkich. — Ale nie starczy pracy. — Czym zapchasz bezmyślne godziny? — Wałęsa się bez zajęcia i rozgląda, co ukraść.
SMUTNY BRAT
Lud pragnie pieśni.
RESTAURATOR
Kiełbasy z kapustą.
SMUTNY BRAT
Światła.
PUŁKOWNIK
Jest. Reklamy świetlne. — Ministerstwo Oświecenia. Nic nie dało powszechne nauczanie, tylko rozbiło rodzinę. Nie ojciec — autorytet, a niedouczek profesor i stokroć gorsza nauczycielka. — One wychowują zniewieściałych synów, same obsiadły urzędy, niezadługo każą nam i rodzić. — Przebiegłe i zuchwałe. Znam je, na szczęście w twardej szkole chowany. Młody podporucznik, tak się hartowałem. Biorę dziewczynę, ona niby nie chce, niby się boi. Mówię: „Możesz być spokojna, spał będę”. — Podporucznik nie zęby zaciskał, nie palce gryzł, a niewinnym snem zasnął. — Obrażone odchodziły, żem dziwak i niedołęga. — Udają słabe, żeby uśpić czujność. Już nami gardzą, rychło zaczną się brzydzić. — Już tylko my figuranci. Za plecami każdego kobieta i Żyd. — Bo słuchajcie, co powiem: Żydzi — nie wyznanie, nie rasa, a płeć191. W tym ich siła. Mniej niż mężczyzna, więcej niż kobieta. — Żona, Żyd, potem dopiero mąż. Zobaczycie: takie będą trójkąty. — Ich pośpiech, ich niepokój, ich tkliwe serca, ich wyobraźnia, ich religia opieki i przebaczenia.