Wojenki się panu zachciewa. Wy będziecie w karty grali, koniaki golili, z siostrzyczkami wycieczki samochodem na pobojowisko — a my w okopach, w błocie, jak szczury zagryzać się będziemy. — Wam złote krzyże, nam kule ołowiane. — A potem okaleczone, chore bydło do roboty, a wy — awanse i fawory. — Do remizy, bracie plucho. Kręć wariacki zegar do łońskiego193 roku — nieee — niiiic. — Praca, mówisz. — A ja powiadam: lenistwo. — Kocha pracę ten tylko, kto za leniwy, żeby nic nie robić. — O świcie wstał, patrzy na zegar — zjadł — na zegar — teka pod pachę albo siekiera w garść — śpieszy się — już tam czeka na niego praca jak miska zupy. — Myśleć nie trzeba, bo wszystko gotowe: cegły, deski czy żelazo, biurko z papierami. — A wy nas nauczcie, jak zbudować dzień bez pracy, nie stodołę. — Ten naród zwycięży, który się pierwszy nauczy godnie, przystojnie, dostojnie odpoczywać. — Dlatego strejki, zasiłki bezrobotnym. Niech pokaże człowiek, nie wół, jak bez jarzma żyje. — Nuda i beznadzieja wasza stworzyła wojny. Zbyt wiele śpicie i jecie, więc grają w was humory, oddani w niewolę kurwom i kelnerom. — Nie wy macie majątki, to one trzymają was w niewoli dostatku. Nie znacie ciszy, którą daje głód. Nie chleba, a idei w piekące chwile tępego bezwładu. Wierzymy, że my inaczej i więcej. Nic, tylko sznurować trzewiki i wiązać krawaty? — Ziemia stanęła — rusz. — Drgnij. — Porusz się. No! (globus zaczyna się obracać). — Masz słuszność, żołdaku. — Wynaleźliście piękną śmierć, teraz mała nasza poprawka: tylko piękne życie. — Wy zabieracie życie, dajecie nieśmiertelność. — A życie? Duch dusi się w zaduchu-normie. — Bunt młodzieży. Sport — piłka, bieg, rower, narty, rzut, skok. — Powiadasz, że mało. — Bo dopiero początek. — Wpadliście we własną matnię. — Wymyśliliście pieniądze, ale właśnie one łaknącemu pracy bydłu pracę obrzydziły. Wasze hasło: czekać, bo za wcześnie, bo nie dojrzało. — Chłop — jeszcze nie, robotnik — jeszcze nie, kobieta — nie jeszcze, młodzież — nie. — Nie tu, dopiero po śmierci, dopiero w przyszłości. — Wyście gardzili człowiekiem, więc nurzaliście w błocie, wy mu nie ufacie. — Nie życie was, a wy spętaliście życie. — Chowacie się przed nim tchórzliwie, rzucając w objęcia śmierci. — Spowiliście życie w całun obowiązku. — W rękach waszych zwyrodniało marzenie. — Powiedziałeś: daliśmy wam wolność. — Sam wypadł ster i wiosła z waszych zgrzybiałych rąk. — Gdybyście mieli siłę, my by wam ją oddali, ale nie chcemy czekać. — Żelazne ramiona maszyny zbędnym uczyniły mozół; był to jedyny wasz sprzymierzeniec. — Wyprostowani dziś. — Skarbiec pełny, soczysta radość wokoło. — Już tylko każdy dla siebie szlifuje każdą życia godzinę, by lśniła wszystkimi kolorami tęczy. — Religia wolności nie zna grzechu radości.

SMUTNY BRAT

Może występny ten, kto sponiewierał, zgwałcił w sobie grzech? Może właśnie czyn grzeszny wyzwala sumienie? — A może sumienie dostało obłędu? — A może najsroższym cierpieniem klęczeć nad trumną ziszczonych marzeń. — Nie pożądaj prawdy: twarda i ma ostre brzegi. — Zdobyta prawda to grób, na którym wznosi się martwy kamień dokonanych wysiłków. Już nic więcej, już kres. — To tylko piękne, co ponad siły. — Życie to myśl, która krwawi. — Pytanie oddycha, rośnie, dojrzewa i żyć ma, dopóki nie pozostawi potomstwa. Nie, co wiem, co wiedzieć pragnę. — Może dziecko, najistotniejsze pytanie ludzkości, dlatego jest nam drogie. — Tym młodzi jesteśmy, że nie wiemy, tym silni, że szukamy, a trzeźwi dlatego, że wszyscy obłąkani.

HOMOEROTYK

Już wiem.

KUPIEC

Proszę o głos. — Ja niedługo. — Może mi się uda was pogodzić. — Po co się kłócić? — Wcale nie jest tak źle. — Jestem optymista, chociaż mi się nie bardzo powiodło. — To nic: wszystko jest dobre i wszyscy są dobrzy. — Każdy chce żyć. — Pytam się: dlaczego mi się nie powiodło? — Bo byłem uczciwy. — Trudno: taki się urodziłem. — Co robić? Z Bogiem się będę procesował? — Jeden rodzi się ślepy, drugi garbaty, a ja urodziłem się uczciwy. — Czy Bóg winien, że akurat teraz przyszła moda na złodziei. Trudno: nie jestem modny. — Chciałem udawać złodzieja, żeby ludzie mnie szanowali. — Nie, to nie. — Może teraz przyjdzie moda na wariatów. — Pan Pułkownik mówi o tym, co było. Pan Robotnik o tym, co będzie, ja powiem, co jest. — Że pracy nie ma, to prawda: gdzie potrzebny jeden, tam stoi albo siedzi i pisze dziesięciu; już teraz każdy tylko udaje, że coś robi, a jego szef udaje, że kontroluje robotę. Powiadasz pan: kobiety i Żydzi. Masz słuszność. My tylko umiemy czynnie nic nie robić. Kobieta porządkuje cały tydzień mieszkanie, żeby przez godzinę było czysto; kilometr taśmy filmowej stoi przed lustrem, żeby dać głupi pięciometrowy pocałunek. Stłucze lustro i wazę marmurową, żeby zabić mola. Dlatego właśnie cenią w biurach urzędniczki, jak nie ma roboty, ona będzie osiem godzin porządkowała papiery. — Przytuli się w tańcu albo nadepnie na nogę, a ty pięć lat wzdychasz, przewracasz się z boku na bok na łożu boleści. — Żyd wymyśli socjalizm, weksel, Boga, względność194, a wy macie ambaras. A wy co? Wasza robota to most, tunel, daj wam swobodę, to podziurawicie ziemię jak sito. — Na Marsie nie ma Żydów — nawet w Kutnie widać te kanały na Marsie195.

PUŁKOWNIK

Więc co, że widać?

KUPIEC