Morderca całuje Barbarę w rękę i odchodzi.
BARBARA
Wiem, panie doktorze, że źle robię. Ale sobie poradzę. Życie moje nie było zasłane różami. Takie już widać przeznaczenie. — Może się pan doktór rozpytać i u sąsiadów, i tam, gdzie pracuję. Nigdy nikomu złego słowa nie powiem. — Ustąpię każdemu, byle się nie kłócić. — Nie wiem, co się ze mną wtedy stało. — Widać przeznaczenie. — Przecież inni i kłócą się, i obrażają, a nikt do nich nie strzela. — Ale on się myli, panie doktorze. — „Cham” powiedziałam, ale nie „idiota”. — Takie nieszczęście. — Przecież mówi zupełnie rozumnie. — Co prawda, to ja się nie znam, bo w naszej rodzinie takich wypadków nie było. — Pan doktór mówi, że byłby tak siedział tu z psychicznymi. — Niech mi pan wierzy — ja bym się i godzinę bała sama. — Jakże łamać człowiekowi życie? Ja mu wierzę, że naumyślnie źle celował. — Po nocach nie sypiałam; ciągle tylko: za kratami przeze mnie... No — nie taki wyniszczony, wcale tak źle nie wygląda. Oczy ma zupełnie spokojne. — Dobrze, że się skończyło. — Nasza rodzina zdrowa, to chyba... — Przecież pan jest doktór. — Gdyby w razie czego dziecko, to mogę być spokojna, że się nie odezwie? Żeby napisał mądry list, to go chyba przyjmą z powrotem na posadę, może na próbę za mniejszą pensję. — Jakoś to będzie. — Byle mieć czyste sumienie. — Byle czyste sumienie. — Jak pan doktór myśli: może mu i palto nowe? — Żeby mógł prędzej zapomnieć o tym, co było. A może tylko przenicować207? — No, to chyba już pójdę. Ale mnie pan odprowadzi. — Bo się jakoś boję sama. — Ale ja się nawet panu doktorowi nie zdążyłam przedstawić: Barbara Klotylda Szulc.
Felietony radiowe
Samotność dziecka
Uuu, ostrożnie. Niełatwo. Zabłądzisz. W tylu różnych kierunkach rozwidlają się ścieżki, tyle śladów — tropów, tyle odcisków świeżych i zatartych, większych i drobnych — na śniegu, na piasku. Zmylisz drogę.
Nie ma samotności. Są różni, różnie samotni ludzie, są różnie samotne godziny. Nie ma samotności — pustki i milczenia? Czuwasz, czekasz, żegnasz się, zmagasz, szukasz — w zgiełku, w ciszy — bezdomny, osierocony. Zdawało się tylko, że wiesz i znasz. Nie — nie. Zdawało się tylko. Nie — nie. Samotność dobra — tak — łagodna i pogodna — i szorstka, i okrutna: jej ciepło, chłód to piołun czy miód?
Znów sam, dalej wciąż sam, czy też — nareszcie sam? Chatyna samotna, wieża, pałac, ruiny? Sam w tłumie, który obok albo w tobie. Samotność siwa, dojrzała jego lub jej (bo inna jej, inna jego). Zbuntowana samotność młodej tęsknoty i porywów. Nadąsana, niecierpliwa, kapryśna samotność na progu młodości — samotność pierwszych pytań: dlaczego, jak, którędy, dokąd, ku czemu?
A jest — ho, ho — jest samotność dziecka. Jest. Chce ono mieć dla siebie i tylko dla siebie mamę, tatę, dla siebie świat i gwiazdę z nieba. I naiwnie zdziwione, boleśnie spłoszone dostrzega, że nie — że ten tu, ten tak, a ono samo musi szukać i odnajdywać — nie zastąpią, nie wyręczą. I poczyna budować w samotności skupionej, oby przyjaznej, nie obcej, nie wrogiej.
Kiedy tak sobie myślę (bywa), że już dosyć — że kres niezadługo — i tylko kłopotliwe nieco (owo ostatnie tu i pierwsze tam) po drugiej stronie — uspokajam się, pocieszam, że nie mniej fatygujący i trudny moment jest poza mną — ten, w którym człowiek rodzi się: pierwszy oddech, pierwsze spojrzenie. Życie — przedziwny byt, co nieco przyhałaśliwy i skomplikowany: bo i ciało, i duch...